Karta kredytowa Wizz Air MasterCard

W dzisiejszym poście chcielibyśmy opisać zalety karty kredytowej, z której sami korzystamy. Post nie jest w żadnym stopniu reklamą, za którą ktoś nam płaci. Sami używamy tego środka płatniczego, dlatego chcemy Wam go przedstawić.

Kiedyś oboje nie chcieliśmy mieć kart kredytowych – nie były nam potrzebne, a kojarzyły się z długami itd itp. Korzystaliśmy jedynie z kart debetowych do naszych kont bankowych. Na szczęście podczas organizacji naszego wyjazdu do Meksyku karta kredytowa okazała się niezbędna do wypożyczenia samochodu. Po przejrzeniu kilku ofert najbardziej pasująca do naszych potrzeb okazała się karta Wizz Air MasterCard wydawana przez bank Raiffeisen.

Oto kilka zalet tej karty, które są dla nas istotne:

  • 2% każdej transakcji wraca na nasze konto WizzAir, dzięki czemu możemy później kupować bilety lotnicze za 0 zł 🙂 (jeśli płacimy za coś na stronie WizzAir to wraca nam nawet 4%)
  • Bezpłatne członkostwo typu standard w WIZZ Discount Club, dzięki czemu zakupione przez nas bilety dla siebie i jednej osoby towarzyszącej są tańsze nawet o 45 zł/sztuka. Taniej zapłacimy też za bagaż. Normalnie takie członkostwo kosztuje 29,99 Euro za rok (jeszcze do niedawna w cenie mieliśmy członkostwo typu grupa, w którym mogliśmy kupować tańsze bilety dla siebie i pięciu współpasażerów, ale niestety to się skończyło z końcem sierpnia)
  • Przy otwarciu karty i dokonaniu pierwszej płatności otrzymujemy punkty o wartości 50 zł na start na swoje konto WizzAir
  • Karta ma dobre kursy wymiany walut, dzięki czemu nie przepłacimy płacąc nią za granicą (szczególnie w krajach z „egzotycznymi” walutami – innymi niż Euro, Dolar, czy Funt)
  • Do prowadzenia konta nie jest wymagane posiadanie konta w banku Raiffeisen.

Więcej informacji o karcie znajdziecie pod tym linkiem: https://raiffeisenpolbank.com/klienci-indywidualni/karty/wizz-air-mastercard

Na stronie banku zdobywanie punktów jest opisane w nieco zawiły sposób. Ogólnie dostajemy 1 pkt za każde wydane 5 zł kartą, a 10 pkt możemy wymienić na 1 zł na nasze środki WizzAir. Ogólnie daje to 2% zwrotu, o którym pisaliśmy wcześniej :).

Karta ma również kilka wad, o których poniżej:

  • Opłata za jej prowadzenie to 6 zł miesięcznie i nie da się jej ominąć (jednak pamiętajmy, że daje to 72 zł rocznie, co jest i tak mniejszą kwotą niż 29,99 Euro za członkostwo w WizzAir Discount Club)
  • Punkty z karty nie są automatycznie przelewane na konto WizzAir – trzeba co jakiś czas dzwonić na infolinię Raiffeisen w celu zgłoszenia chęci przelania punktów i później poczekać kilka dni, aż punkty trafią na konto.
  • Okres rozliczeniowy karty przypada od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca, później istnieje możliwość spłaty karty bezpłatnie w ciągu 25 dni można bezpłatnie spłacić całą kwotę wydatkowaną w poprzednim miesiącu. Jeśli jednak mamy część niespłaconą, to na przełomie miesiąca od tej kwoty naliczane jest ubezpieczenie na życie (0,75% sumy niespłaconej kwoty). Dlatego my sami traktujemy tą kartę, jak debetową i stale robimy przelewy z naszego osobistego konta w innym banku, żeby nie pozostawiać dużej kwoty do spłaty.
  • Jak przy każdej karcie kredytowej trzeba mieć stały dochód, najlepiej z umowy o pracę na czas nieokreślony. Nasza karta jest wydana na Kasię ze względu na zatrudnienie na taką właśnie umowę. Drugim sposobem jest prowadzenie działalności gospodarczej, jednak trzeba to robić od conajmniej 18 miesięcy. W czasie, kiedy staraliśmy się o wydanie karty Nikodema działalność nie miała jeszcze takiego stażu, dlatego wnioskowaliśmy o kartę dla Kasi.

Ogólnie rzecz ujmując karta ma swoje wady i zalety, jednak my jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Płacimy za wszystkie możliwe zakupy w kraju i za granicą. Dzięki temu coś do nas „wraca” z wydanych pieniędzy. 🙂

 

Gili Air – wyspa marzeń na wyciągnięcie ręki

 

Planując naszą podróż do Indonezji nie chcieliśmy się skupiać na samym Bali. Wręcz przeciwnie – szukaliśmy pewnego rodzaju enklawy, która pozwoli nam odkryć ten kraj z jak najlepszej strony. Nie od dziś wiadomo, że myśląc o Indonezji przed oczami pojawia się nam obraz bezkresnych plaż, rozłożystych palm, błękitu oceanu… O Bali czytaliśmy wiele pozytywnych opinii, jednak często pojawiał się pośród nich obraz zatłoczonego, pełnego gwaru turystycznego miejsca. Nie do końca tego szukaliśmy…

Gili Air to jedna spośród trzech bliskich sobie wysepek oferujących zupełnie różny sposób spędzania wolnego czasu. Gili Trawagan – to wyspa pełna zgiełku,  klubów, barów, całonocnych imprez. Gili Meno oferuje zupełny spokój. Mieści się na niej niewiele punktów noclegowych oraz restauracji. Gili Air jest zupełnie pomiędzy tym wszystkim – można na niej odpocząć samotnie spacerując po plaży, ale także zjeść pyszną kolację przy zachodzie słońca, czy rozkoszować się świeżo wyciskanym sokiem słuchając muzyki na żywo w pobliskiej knajpie. Zatem – Gili Air to nasz raj na ziemi…

Jak się tam dostać?

Naszą podróż rozpoczęliśmy lotem na Lombok z lotniska na Jawie. Zazwyczaj podróż rozpoczyna się na Bali – zatem podamy Wam ceny między Bali a Lombokiem. Ceny lotów rozpoczynają się od 100 zł za osobę w dwie strony.  Warto śledzić promocje Air Asia, czy Garuda Indosesia, wówczas ceny mogą obniżyć się do nawet 50 zł.  Oczywiście odległość tą można pokonać także promem miejskim czy szybką łódką. Koszt podróży szybką łódką to 65$ w jedną stronę… [link] Najtańszą opcją jest prom publiczny – podróż wyniesie nas ok. 15 zł za osobę w jedną stronę [link]. Należy się jednak nastawić na dość długą podróż, a nawet sam czas oczekiwania na start. W Indonezji czeka się bowiem na całkowite wypełnienie każdego środka transportu… a to potrafi trwać kilka godzin.

Odległość z Jawy na Lombok pokonaliśmy w powietrzu

 

Z Jawy tak naprawdę jedyną sensowną opcją jest lot samolotem. Można przepłynąć z Jawy na Bali [transport publiczną łódką – 6000IDR, ok. 2 zł, za osobę w jedną stronę, czas podróży ok. 40 min], a następnie wybrać jedną z powyższych opcji. Zajmie to jednak naprawdę sporo czasu, który możemy przeznaczyć choćby na kąpiele słoneczne po dotarciu do celu 😉 Ale jeśli chcemy zaoszczędzić 100 zł, ponieważ mamy do dyspozycji sporo czasu na miejscu to polecamy podróż transportem publicznym.

Lotnisko Surabaya, na którym nocowaliśmy w hotelu ibis budget

Przewoźnicy lotniczy oferują loty z Surabai (jedno z lotnisk na Jawie)  na Lombok w bardzo dobrych cenach. Z Surabai dolecimy za ok. 150 zł za osobę w dwie strony (Lion Air). Z Yogyakarty na Lombok bilety potrafią kosztować min. 500 zł za osobę, stąd warto wybrać inne lotnisko i zaoszczędzić nawet 70% ceny. Warto sprawdzać różne kombinację i wybrać najkorzystniejszą.

Opcje dojazdu z lotniska na Lombok do Mataram (miasto w pobliżu portu):

  • taksówką – 2h – 200 000IDR (54 zł)
  • autobusem do miasta Mataram transportem publicznym o nazwie Damri – 15000IDR (~4 zł)

 

Dojazd z Mataram do  portu Bangsal :

  • taksówką – 1h- 100 000 IDR
  • Bemo – lokalne busiki krążące po mieście dowiozą nas do portu Bangsal za 10 000 IDR (2,4zł)
Miejski środek transportu – Bemo
Widok na budynek portu od strony plaży, gdzie oczekuje się na łódkę
Znajdź tonącą łódkę… czyli wpływ otoczenia na emocje towarzyszące nam przed podróżą… 😀

Z Lomboku na Gili Air jedyną słuszną opcją jest transport publiczny. Płyniemy 15 minut za 2 zł (8000IDR). Przeżycia są niezapomniane zatem warto korzystać. Oczywiście czekamy aż łódka napełni się po brzegi pasażerami i towarem, który jest dostarczany na wyspę. Wygląda to wszystko tak jak na zdjęciu poniżej.

W Indonezji nie obowiązują żadne standardy bezpieczeństwa… 😉
Tak, te kury też płynęły z nami…. 😀

Na wyspach działa wiele prywatnych biur podróży oferujących usługi transportu na wiele wysp. Poniżej oferta jednego z nich działających na Gili Air.

Transport po wyspie

Do poruszania się na wyspie wystarczą własne nogi. Wyspę można obejść w 90 minut. Istnieje także możliwość wynajmu roweru za 30-50 000 IDR (8-13 zł) za dzień. Niektóre hotele oferują także możliwość darmowego korzystania z roweru podczas pobytu. Po Gili Air można poruszać się rikszą bądź konno. My zdaliśmy się na własne nogi i było to najlepsze rozwiązanie.

 

Gdzie nocować? 

Opcje noclegu są bardzo różne – od domków na plaży po 5* resorty. Warto wcześniej zarezerwować nocleg, ponieważ ze względu na rozmiary wyspy możliwości jest niewiele, zatem szybko się wyczerpują. Oczywiście pomocne w tym będzie booking.com.

Nelly Homestay – minusem był jedynie słaby zasięg wi-fi, ale to ogólny problem na wyspie. Poza tym bardzo polecamy ten obiekt 🙂 Wybraliśmy bungalow typu standard za 100 zł/noc ze śniadaniem: https://www.booking.com/hotel/id/nelly-homestay.pl.html?aid=304142;label=gen173nr-1FCAEoggJCAlhYSDNiBW5vcmVmaLYBiAEBmAEewgEKd2luZG93cyAxMMgBD9gBAegBAfgBDJICAXmoAgM;sid=43aa0268950efffa3584cbd336f43455

Kiedy jechać? 

W zasadzie cały rok temperaturowo będzie nam przyjazny. W okresie od listopada do marca w Indonezji jest pora deszczowa, co dla wyspy o tak małej powierzchni jest dość kłopotliwe. My byliśmy w drugiej połowie września i ten okres był idealny.

Co jeść? 

Wszystko. Jedzenie jest przepyszne, jak w całej Indonezji. Ceny na wyspie nieznacznie odbiegają od cen na Lomboku. Poniżej zdjęcia menu z restauracji przy samej plaży. Na Gili najlepiej zamawiać potrawy na bazie ryb i owoców morza (jest ich tam pod dostatkiem) oraz koktajle z owoców. Sprzedawcy kuszą też różnego rodzaju grzybkami i marihuaną…. Co kto lubi 😉

Mie Goreng i sok z cytryn – podstawowe wyżywienie na Gili

 

Jak spędzać wolny czas? 

Spacery, kąpiele słoneczne, pływanie w oceanie, snoorkling, nurkowanie na większych głębokościach, joga na plaży, wieczorki taneczne… tu nie brakuje opcji aktywnego spędzania czasu. Wystarczy przejść główną ulicą (jest jedna więc się nie zgubicie 😉 ) i zadecydować.

To właśnie główna ulica Gili Air

Wieczorem, podczas odpływu, warto zwrócić uwagę na to, co znajduje się pod cienką taflą wody. Próbowałam snoorklingu na niedużych głębokościach, spotkałam wiele pięknych gatunków wielobarwnych ryb, jednak gdybym najpierw zobaczyła to co na zdjęciach poniżej, to już chyba nie byłabym taka odważna… Ten wielki kolczasty wąż miał ponad 2 metry… Prawdę mówiąc świat rafy wywiera ogromne wrażenie.

To słodki pyszczek uroczego „wężą” z pierwszego zdjęcia…

Uwaga! Zabronione jest wywożenie jakichkolwiek elementów rafy koralowej!

Port na wyspie Gili Air

Mniej niż 2500 zł za dwa tygodnie wypoczynku na Phuket (Tajlandia) – w cenie loty i hotel

Witamy Was serdecznie,

Nasz dzisiejszy post ma za zadanie przekonać Was, że podróżowanie bez biur podróży jest dużo bardziej opłacalne (o czym zawsze Wam przypominamy ;-)). Opiszemy to na przykładzie typowo wypoczynkowego wyjazdu na wyspę Phuket w Tajlandii.

Pierwszym krokiem, który musimy wykonać, aby odpoczywać na takich rajskich plażach jest rezerwacja biletu lotniczego. W tym celu polecamy stronę skyscanner.pl – pomoże ona wyszukać nam najtańsze połączenie w interesującym nas terminie. Na przykładowy termin 9-23 sierpnia udało nam się znaleźć loty z Warszawy do Phuket za 1941 zł od osoby:

Dużym plusem w tym przypadku jest linia lotnicza, która wykonuje to połączenie, czyli Qatar Airways – jedna z lepszych linii na świecie. Ciekawostką jest, że podczas dłuższej (ponad 6-godzinnej) przesiadki, która będzie nas czekała podczas lotu możemy zapisać się na bezpłatną wycieczkę po stolicy Kataru – Doha. Co ważne dostajemy także wizę, która normalnie jest płatna. Wycieczka odbywa się autokarem wraz z angielskojęzycznym przewodnikiem i jest organizowana kilkukrotnie w ciągu dnia.

Kolejnym krokiem jest zarezerwowanie interesującego nas noclegu. Tutaj wybór jest bardzo duży, uzależniony od naszych preferencji oraz zasobności portfela ;). Wiele propozycji noclegów znajdziemy na stronie Booking.com. Przykładowo jeden ze znalezionych przez nas obiektów – trzy gwiazdkowy hotel (Rattana Residence Sakdidet) kosztujący 922 zł za pokój na 14 dni (461 zł za osobę):

 Sumując wydatki całkowity koszt dwutygodniowego wyjazdu do rajskiej Tajlandii wyniesie 2402 zł od osoby (4804 zł za dwie osoby) . Do tego musimy doliczyć jeszcze transport z lotniska. Tutaj mamy bardzo wiele opcji takich jak autobusy, tuk-tuki, czy taksówki. Jednak nawet przejazd taksówką jest bardzo tani i na pewno całkowita cena nie przekroczy 2500 zł za osobę. To wszystko zaoferuje nam biuro podróży za kilkukrotnie większą sumę. Dodatkowe wydatki osobiste na miejscu oraz koszty wyżywienia przy wycieczce z biura i tak musimy ponieść.

Jeżeli ten hotel Wam nie odpowiada to zapraszamy na stronę Accorhotels.com – francuskiej sieci hotelarskiej, która na Phuket ma bardzo duży wybór hoteli.
Z ciekawszych obiektów, jakie udało nam się znaleźć:
4* Novotel Phuket Surin Beach Resort za 3149 zł (pokój 2-osobowy) – niecałe 1575 zł za osobę. W cenie mamy codzienne śniadania, a obiekt jest położony w spokojnej części wyspy niedaleko plaży.

Dodatkowo na miejscu znajduje się świetny basen

Jeżeli wybierzemy ten hotel cały wyjazd wyniesie nas 3515 zł od osoby.

Możemy także skorzystać z bardzo luksusowej opcji i wybrać butikowy
5* Avista Hideaway Phuket Patong, MGallery by Sofitel

Tutaj za pokój dwuosobowy zapłacimy już 5746 zł za cały pobyt ze śniadaniami, co daje 2873 zł za osobę. 

Cały wyjazd wyniesie wtedy 4814 zł za osobę. To już dość dużo, jednak ceny wyjazdów z biurami podróży na Phuket zaczynają się właśnie od takich kwot i to z noclegami w dużo słabszych hotelach. Dlatego dla porównania chcieliśmy pokazać Wam taką właśnie luksusową opcję za względnie nieduże pieniądze.

Zbliżają się wakacje, więc może ktoś z Was zdecyduje się właśnie na taki wyjazd. 🙂 Wszystko oczywiście można dowolnie modyfikować i dostosowywać pod swoje oczekiwania. Na miejscu nie musimy oczywiście cały czas siedzieć w hotelu, czy na plaży. Tajlandia oferuje wiele ciekawych miejsc do odkrycia. Jeżeli macie jakieś pytania lub uwagi – śmiało piszcie do nas. Mamy nadzieję, że udaje nam się Was trochę zainspirować tanimi wyjazdami. 🙂

 

Włoskie początki… – romantyczne Bergamo

Włochy od zawsze były miejscem na podróżniczej mapie, które pragnęłam odwiedzić. Piszę w osobie pierwszej, ponieważ podróżnicze marzenia Nikodema są nieco inne. Dzięki uzbieranym na karcie związanej z Wizzair Discount Club złotówkom bilet był „darmowy”. Jeśli nie macie takich możliwości to dolot do samego Bergamo nie kosztuje wiele – w zasadzie mniej niż 150 zł (mały bagaż podręczny). Warto z pewnością kupić bilet, spakować plecak i po półtoragodzinnym locie znaleźć się w pięknym, romantycznym i niezwykle klimatycznym miejscu. Wszystko w Bergamo jest proste. Całe miasto funkcjonuje w określonych godzinach – począwszy od sklepów, skończywszy n Kościołach- od rana do wieczora, z kilku godzinną przerwą na sjestę. Jeśli spacerujemy wąskimi uliczkami, to w zasadzie nie musimy się martwić, że zgubimy drogę, zawsze dojdziemy na wzgórze, skąd wypatrzymy drogę powrotną. Pogoda również nas nie zaskoczy, ciepło jest i w dzień i w nocy. Nie jest trudno się dogadać. Pytając o znajomość języka angielskiego włoszkę, aby pomogła nam znaleźć drogę do sklepu, szczęśliwa odpowiedziała, że mówi po angielsku, po czym jak mamy dojść do sklepu wytłumaczyła po włosku 😉
Widok na Stare miasto położone na wzgórzu
Z lotniska do centrum najlepiej dostać się autobusem nr. 1. W centrum kursują też busy 1A,B, czy C. W zależności od długości naszego pobytu możemy kupić bilet jednorazowy, dobowy bądź 72 godzinny. Ten ostatni kosztuje 7,20 euro. Dodatkowym atutem biletów czasowych jest to, że obowiązują one na cały miejski transport, również na kolejkę w wyższe rejony miasta. Jeśli jesteśmy przy cenach… W Bergamo ceny są w pełni europejskie. Jedynie w marketach kupimy wodę za 1-2 zł. W małych, osiedlowych sklepikach przeważających  w tym mieście będzie o to trudniej. Duża Fanta (1,8l) kosztowała 1,8 euro. Owoce i warzywa są raczej drogie (jabłka – 2 euro, podobnie jak nektarynki czy brzoskwinie, pomarańcza – 3,5 euro, sałata – 1,7 euro, pomidory- 2 euro). Piwo ok.2 euro. Były takie za niespełna 1 euro, ale wylądowały w koszu 😉 . Wina niedrogie i smaczne. Niestety jeśli chodzi o wędliny czy sery – ceny były wysokie (160 g prosciutto kosztowało nawet 53 euro). Jeśli chodzi o wydatki w restauracjach, to musimy się liczyć z wysokim rachunkiem. Piwo małe kosztuje ok. 3 euro, duże 5, pizza 6-15 euro, woda, czy napoje 3 euro, makarony ok,17-23 euro. Jedynie kawa zachęca swoją ceną. W zależności od rodzaju kosztuje 1-3 euro. Wrażenia pijących ją osób – jak najbardziej pozytywne.
Jako, że nasz wyjazd był poświęcony wypoczynkowi oprócz zwiedzania włoskiego miasta, tym razem nie korzystaliśmy z hosteli, a z popularnej hotelowej sieciówki B&B. Koszt noclegu to 100 zł od osoby (+2,5 euro za osobę tzw „opłaty klimatycznej” 😉 ). nocleg z pewnością możemy polecić, ponieważ hotel znajduje się bardzo blisko dworca PKP (15 min piechotą), oraz od starego miasta (10 min autobusem A1).

Jeśli jesteśmy blisko dworca kolejowego… pierwszego dnia mięliśmy w planie zwiedzanie miasta Lecco, położonego przy jeziorze Como. Piękne miejsce, które z pewnością warto odwiedzić, tym bardziej że bilet kosztuje 3,2 euro w jedną stronę, a czas podróży to 40 minut. Jeśli pociąg nie opóźni się o 2 godziny, Cóż, zdarza się i w zachodniej europie. Miasto położone jest przy górskich zboczach (podobnie jak Bergamo), a przyjemny chłodny wiatr przyciąga do spędzania czasu nad brzegiem jeziora. Nie wiem czy jest sens wiele pisać o tym mieście, zdjęcia bardziej oddadzą jego urok. A jeśli chodzi o to jak dotrzeć nad jezioro – należy po wyjściu z dworca pójść ulicą  w dół, a następnie skręcić w prawo z deptaku tuż przed Bankiem Narodowym. I patrząc w dal od razu będziemy widzieli, w którym kierunku dalej podążać…

Samo Bergamo chyba także nie wymaga większego komentarza. Przy zakupie w informacji turystycznej na lotnisku biletów  komunikacji miejskiej (opcja najwygodniejsza) otrzymamy mapę, na której będą wyznaczone miejsca, które warto odwiedzić. Dobrze wybrać to, co na prawdę nas zainteresuje, choć czasu wystarczy z pewnością na wszystko. Bergamo dolne jest nowszą częścią miasta, w której zabytków jest mniej niż w części górnej. Obie partie miasta oddzielone są murami obronnymi, pochodzącymi z XVI wieku.

Ponad murami obronnymi znajduje się cała rozmaitość zachwycających zakamarków, budowli, kościołów. Kiedy trafimy na Piazza Vecchia, mamy idealny punkt odniesienia do dalszego zwiedzania. Warto poświęcić czas na zwiedzanie przyległych do placu świątyń. Na Piazza Vecchia widnieje słoneczny zegar, który pokazuje astronomiczny środek dnia. Wpadające przez dziurę na tarczy słońce wytycza na rzeźbionym na bruku „kalendarzu” datę i czas przypadający na ten moment. Każda urocza uliczka kryje w sobie piękną historię, cudowny klimat i mnóstwo romantyzmu. Szczególnie wieczorem…

Egzotyczne Maroko, cz.2.

Krążąc między uliczkami natknęliśmy się na araba, który zaoferował nam pomoc we wskazaniu drogi. Na tym się jednak nie skończyło… Oprowadził nas w różne miejsca, między innymi do świątyni, której plac jest dostępny dla turystów tylko w sobotę. Nie pamiętam jak miejsce się nazywało, oraz nie mam pewności, czy rzeczywiście mieliśmy tyle szczęścia by to miejsce zobaczyć. Pan niespiesznie pozwalał nam wszystko oglądać, fotografować (wciąż powtarzał nam jedno – nie można fotografować kobiet i niewidomych, jedynie można było uwieczniać na zdjęciach mężczyzn). Przedłużaliśmy nasze „zwiedzanie” ponieważ myśleliśmy, że to zniechęci naszego przewodnika. Byliśmy jednak w błędzie. Pan tak nas prowadził, aż doprowadził do swojego przyjaciela, który ma mały sklepik 😉 i tak spędziliśmy najbliższą godzinę, na oglądaniu, piciu herbaty z miętą (marokańskie cudo!) oraz na targowaniu się… i wyszliśmy ubożsi o 100 złotych a bogatsi w małe naczynia do tajin oraz srebrną i ręcznie wykonaną (do tej pory nie sprawdziłam czy to prawda, jakoś się boję, że może jednak nie 😉 bransoletkę. Panowie bardzo zadowoleni. My także. Myślimy, o już nasz przewodnik nas zostawił i mamy spokój. Jednak nie… Pan wyszedł z jednego z pomieszczeń, zapytał czy może nas gdzieś jeszcze zaprowadzić a gdy powiedzieliśmy, że w zasadzie to my musimy wrócić do hotelu bo jest za gorąco (w rzeczywistości po pieniądze, bo byliśmy bez grosza) patrzył na nas tak, że od razu wiedzieliśmy o co chodzi. Daliśmy panu zapłatę za jego poświęcony czas i ruszyliśmy do hotelu.

Zaopatrzeni ponownie w gotówkę przeszliśmy się po placu Dżamaa al Fina. Jakoś tak średnio nam się tam podobało. Gorąco, zapachy baaardzo egzotyczne… 😉 Na szczęście jest cudowny sok pomarańczowy! Chodziliśmy tu i tam i dotarliśmy w okolice dworca kolejowego. Leży on w nowszej dzielnicy miasta, w której znajdują się bloki i nowoczesne hotele.
Na dworcu kupiliśmy bilety na pociąg do Casablanki.  Przejazd w wagonie drugiej klasy trwa 3,5 godziny i kosztuje 29 zł od osoby. Z dworca wyruszyliśmy w drogę powrotną do medyny. Chcieliśmy bowiem zobaczyć jak zmienia się najsłynniejszy w mieście plac wraz z zachodem słońca.
Dworzec kolejowy
Teatr
Mury miasta (nocą palą się w nich różnokolorowe lampki)

 

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

W poprzednich wpisach wspominaliśmy o wszechobecnych w Gruzji krówkach. Zanim jeszcze dotarliśmy do Batumi, po drodze nie raz spotkaliśmy te oto zwierzęta korzystające z  „wolności” i biegające nawet pomiędzy torami kolejowymi.  Po kilku godzinach dotarliśmy do tego nadmorskiego kurortu. Jest to miejsce zupełnie inne niż cała Gruzja. Jeśli ktoś lubi miejski, nowoczesny klimat europejskich miast, z pewnością odnajdzie się w Batumi. Według nas warto odwiedzić to miejsce, choćby ze względu na bliskość morza. Warto wynająć miejsce noclegowe nieco dalej od centrum miasta, co zapewni spokój, a wciąż tanio i szybko do niego wrócimy.
Krowa w Batumi, wybrała się na spacer po torach kolejowych
Droga do Batumi, które widać na drugim planie
Kilka fotografii z Batumi: 
Pociąg pod koniec biegu porusza się nad samym morzem, widoki są na prawdę przepiękne. Przez chwilę widać nawet ogród botaniczny, którego w końcu nie udało się nam odwiedzić. A szkoda, ponieważ słyszeliśmy, że można tam trafić na naprawdę piękne okazy… 😉

Po zostawieniu bagaży w hostelu udaliśmy się od razu na obiad oraz na plażę. Znaleźliśmy świetną restaurację, z pięknie zaaranżowanym ogrodem. Ceny jak na jakość śmiesznie niskie. Posiłki – jak w całej Gruzji pyszne. Naszła mnie właśnie myśl, że może właśnie to umocniło moją miłość do Gruzji… przez tą kuchnię. Jestem strasznym łasuchem, więc obcowanie każdego dnia z wieloma pysznościami miało na to istotny wpływ. Aż się boję co będzie, kiedy w końcu odwiedzę Włochy 😉

Nikodem też chyba zadowolony z posiłku 😉 chociaż może to to wino…
 

Plaże w Gruzji są głównie kamieniste dlatego przydadzą się porządne klapki, a najlepiej buty z grubszą podeszwą. Niedogodności te wynagradza jednak czysta i ciepła woda. Niestety  w Morzu Czarnym podczas tego wyjazdu kąpaliśmy się jeszcze tylko dwa razy. W zasadzie mieszkaliśmy w wiosce obok najsłynniejszej nadmorskiej miejscowości. Może właśnie z tego powodu tak rzadko bywaliśmy tam na plaży. Wbrew temu co można sądzić w Batumi naprawdę można w ciekawy sposób spędzić czas. W zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie – wykwintne restauracje, ekskluzywne hotele przy samej plaży, kluby, w których grywają sławni DJ’e. Chyba jedyne miasto w całym kraju, w którym tak intensywnie toczy się nocne życie.

W Batumi nowoczesne kształty mieszają się z zabytkową architekturą, pośród pięknych kamieniczek wznoszone są wielkie, oszklone hotele. Nad brzegiem morza rozciąga się piękna promenada, przy niej, jak w Polsce, mnóstwo sklepikarzy oferujących tandetne pamiątki. Można by rzec – Europa. Jednak, czy w Europie, prawie w samym centrum mogłaby się znajdować fontanna, z której każdego dnia o godzinie 16:00 wypływa bimber? Takie rzeczy tylko w Gruzji. To tam będziemy mieli okazję zupełnie za darmo skosztować tradycyjnej gruzińskiej 70% wódki. Z chacha fountain leje się ona „bez limitu” przez 5 minut, wystarczy tylko podstawić kubeczek.

Niko zadowolony… zaraz przecież poleci wódeczka 😉

Odchodząc od całego zgiełku napotkamy kolejne „tańczące fontanny”, miejsca relaksu, w których można na świeżym powietrzu zagrać w bilard, czy tenisa stołowego. Znajdziemy także piękny niewielki budynek zbudowany z drewna, jest to odbudowany teatr. Wieczorem jest on pięknie podświetlony i robi na prawdę piękne wrażenie.

O tej porze polecamy wybrać się na Piazza Square. Nie trzeba wiele o tym mówić, zdjęcia zobrazują wszystko… Piękne, romantyczne miejsce, w którym każdego wieczora można usłyszeć muzykę na żywo. W otoczeniu malowniczych kamieniczek, pięknych posadzek i rozgwieżdżonego nieba można w tym miejscu utknąć wiele godzin sącząc pyszną kawę.

Kolejnego dnia wjechaliśmy na wzgórze kolejką, skądinąd bardzo popularną w Gruzji. Tak popularną w tym miejscu, że oczekiwanie na dostanie się do wagonika wynosiło godzinę. Koszt biletu w dwie strony to 5 zł. Osobom z problemami lokomocyjnymi polecam w trakcie przejazdu zamknąć oczy i liczyć do dwustu. Widok na szczycie wynagrodzi nam wszystkie wcześniejsze dolegliwości. Panorama miasta szczególnie po zachodzie słońca robi imponujące wrażenie. Na dodatek natrafiliśmy na koncert muzyki gruzińskiej w wykonaniu zespołu składającego się z młodych chłopaków grających na tradycyjnych instrumentach. To zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Prawdę mówiąc zasłyszane tam utwory słuchamy do dziś 😉

Abstrahując od wszystkiego co dane nam było zobaczyć w tym nadmorskim kurorcie muszę napisać o czymś najważniejszym. Otóż nie jestem zwolenniczką fast-food’ów, czy innych wysoce przetworzonych produktów. A raczej nie byłam… Do momentu kiedy idąc od Piazzy nie natrafiliśmy na budkę, w której sprzedawano kebaby. Zapach był oszałamiający. Pan bardzo sprawnie przygotowywał spore porcje, więc zamówiliśmy dla nas po jednej. I był to strzał w dziesiątkę. Pyszny placek, soczyste, pachnące mięso i mnóstwo świeżych warzyw. Wszystko oczywiście na koniec podgrzane. Zupełna odmiana od tego co czeka nas w Polsce. Nawet nie przeszkodziły mi papryczki chilli znajdujące się w kebabie. I choć od tego czasu próbowałam kilku tych dań w Polsce, żaden jeszcze nawet w 1/3 nie przypominał tego, którego jedliśmy w Batumi.

Po tylu przyjemnościach coś musiało pójść nie tak… otóż zepsuła się pogoda, do tego stopnia, że zmuszeni byliśmy skrócić nasz pobyt w Batumi. Jednak… nie przewidzieliśmy, że zainteresowanie biletami kolejowymi jest tak duże, i że na najbliższe trzy dni wszystkie miejsca są wyprzedane. I tu zapala się czerwone światełko, by swoją podróż planować wcześniej. Przynajmniej o te 4 dni 😉 Z tego powodu zmuszeni byliśmy wybrać inny środek transportu. Obawialiśmy się podróży marszrutą,wcześniej wspominałam o stylu jazdy gruzińskich kierowców. Wiedząc, że większość drogi stanowią skąpane między górami serpentyny zależało nam na jeździe pociągiem… ale… Tak więc udało nam się kupić bilety w, jak się nam wydawało, dużym klimatyzowanym autokarze. O umówionej godzinie podjechał…. mały busik, który zapakowany został podróżnikami i ich bagażami po brzegi. W trakcie prawie 5 godzinnej podróży 10 razy myślałam, że zginiemy. Później po prostu zamknęłam oczy. Chcę byście sobie tego oszczędzili – pilnujcie więc biletów na pociąg. Jedzie się krócej, bezpieczniej i bardziej komfortowo.

Do Tbilisi dotarliśmy nocą, w nieznaną nam część miasta. Bez dokładnej mapy i dostępu do internetu było nam ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek znanego punktu. Po czasie i kilu próbach podróży różnymi autobusami dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Zamówiliśmy taksówkę pod znany nam adres – hostelu, w którym nocowaliśmy już wcześniej (Tbilisi Classic Hotel, który bardzo serdecznie polecamy). Mimo, że zbliżała się północ, przyjęto nas tam z otwartymi ramionami. Wyspaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na ostatni już spacer po ukochanej, gruzińskiej stolicy… Odwiedziliśmy muzeum instrumentów (pan zna świetnie język polski więc o wszystkim nam opowie), ponownie udaliśmy się wąskimi uliczkami do twierdzy, następnie zjechaliśmy do parku i krążyliśmy znanymi nam trasami nie chcąc wracać…

Przepiękne kolorowe gruzińskie klimaty
Siarkowe łaźnie oraz widok na część miasta
Boczne, lecz również klimatyczne uliczki
Pożegnaliśmy się ze wspaniałym krajem, pełnym serdecznych i uśmiechniętych ludzi chętnych do ciągłej zabawy, krainy wyśmienitej kuchni i wspaniałego wina, gościnności i życzliwości. Piękną, malowniczą krainą, którą z pewnością jeszcze nie raz uda nam się odwiedzić…

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

Wróciliśmy do Tbilisi, by odwiedzić kolejną bardzo ważną w całej Gruzji, i nie tylko, świątynię. Sobór Trójcy Świętej jest jedną z największych świątyń prawosławnych na świecie. Niestety nie mogliśmy dostać się do środka, ponieważ trwało nabożeństwo, a ja nie miałam ze sobą niczego by okryć nogi i ramiona… Myśleliśmy, że może innym razem się uda, ale wiadomo jak to jest z takimi następnymi razami 😉 To jednak w niczym nam nie przeszkodziło. Usiedliśmy na ławce pod Świątynią i tak…. spędziliśmy ponad dwie godziny. Jakoś nas ten widok zaczarował. I może to dobrze, ponieważ widok zachodzącego słońca i skąpanego w jego blasku budowli zrobił na nas niezwykłe wrażenie…

Do hostelu poszliśmy okrężną drogą, co również pozwoliło odkryć urokliwe miejsca Tbilisi.

Mieliśmy okazję widzieć Urząd Miasta – kolejny budynek zaaranżowany w bardzo nowoczesnym stylu. (Na zdjęciu w tle;) )

Kolejnego dnia udaliśmy się na stare miasto. Krążyliśmy uliczkami, przesiadywaliśmy w restauracjach. Kuchnia gruzińska to poezja… Jest bardzo prosta ale niezwykle pyszna. Chaczapuri w różnych wersjach (podstawowa z serem, oraz Adżaruli z jajkiem – obie wyśmienite), kinkali – czyli sakiewki z różnym nadzieniem (bardziej fantazyjna wersja pierogów) z różnymi farszami do wyboru – mięsnymi, serowymi, czy warzywnymi. Szaszłyki, pieczone mięsa, bakłażany, pyszne sałatki, jest tego mnóstwo… I wszystko wyjątkowe i przepyszne. Jeśli do tego dołożymy lampkę domowego wina, mamy przepis na wyśmienity wieczór. W jednej z odchodzących od starego miasta uliczek napotkamy zegar przy teatrze lalek. O godzinie 12 i 16 na wieży zegara otwierały się drzwiczki i mięliśmy okazję obejrzeć krótką historyjkę skłaniającą do refleksji 😉

Przy tej całej egzotyce postanowiliśmy trochę odpocząć w miejscu, które uznawane jest za gruzińską Toskanię. Jest to Signagi – niewielkie miasteczko położone wśród wzgórz na wschodzie kraju. Wszystko tam jest zachwycające i wyjątkowe. Wąskie, brukowane uliczki, piękne kamienice. Wszystko stwarza niesamowitą aurę… A kiedy przychodzi wieczór…. Na prawdę dałabym wiele, by móc się teraz tam znaleźć… 😉

W Signagi wynajeliśmy pokój w przytulnym hostelu z pięknym widokiem z balkonu. Miasteczko jest niewielkie więc myśleliśmy, że od razu uda nam się zobaczyć wszystko. Niestety aura w południe była dość męcząca. Bylo bardzo gorąco, duszno i trudno było w ogóle funkcjonować. Jako, że mimo tego doskwierał nam ogromny głód poszliśmy na obiad, do którego oboje wypiliśmy po zimnym piwie. Wróciliśmy do hotelu by przetrwać największy upał i dopiero pod koniec dnia wyruszyliśmy na długi spacer.Przeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz, obchodząc wszystkie piękne uliczki, chłonąc roztaczające się wokół malownicze widoki. Może nie będziemy dużo pisać- zdjęcia oddają więcej.

Widok z balkonu naszego hostelu
Wszędzie ta pyszna lemoniada!

Warto poświęcić pół dnia by w udać się do Monasteru Bodbe w rejonie Kachetii.. Myśleliśmy, że znajduje się on w odległości 2 kilometrów, jednak idąc w 30 stopniowym upale droga jakby się znacznie wydłużyła. Po dotarci na miejsce zobaczyć można kompleks świątyń. W Monasterze św. Jerzego znajdują się szczątki św. Nino, która jest apostołką i patronką Gruzji. Obecnie pobliski klasztor wciąż jest zamieszkiwany przez zakonnice, które znajdują się tamtejszymi terenami i zabytkami – dwoma świątyniami. Niewielka, w której znajdują się szczątki świętej podczas naszej wizyty podlegała renowacji. Na jej murach znajdują się przepiękne malowidła. Druga, znacznie większa również jest remontowana. Po ich zobaczeniu można udać się do źródła św. Nino, z którego wydobywa się woda o uzdrawiającej mocy. Jednak widząc liczną grupę turystów zmierzających w tamtym kierunku zrezygnowaliśmy z tego punktu naszego planu. Jako, że czas odjazdu marszrutki do Tbilisi się zbliżał, po kawie i lemoniadzie w kawiarni w pobliżu Monastyru, udaliśmy się w drogę powrotną do Signagi. Idąc na wzgórze, na początku naszej wędrówki nie raz słyszeliśmy szelesty w otaczających lasach. Bałam się, że to żmije, o których wiele czytaliśmy wcześniej, ponoć niebezpieczne dla ludzi. W drodze powrotnej obawy nasze się rozwiały, ponieważ wszelkie szelesty i trzaski powodowały małe cielaczki, które swobodnie teraz spacerowały sobie wzdłuż drogi.

W zasadzie w całej Gruzji nie raz mięliśmy okazję spotkać się z biegającymi po drodze krowami 😉

Z „gruzińskiej Toskanii” dotarliśmy do stolicy. W niej spędziliśmy jeszcze porę obiadową w jednej z ciekawszych restauracji serwujących lokalną kuchnię. W niewielkiej cenie można zjeść tam wszystkie dania, z których słynie Gruzja. Po posiłku ruszyliśmy na dworzec, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Batumi…

Samolot najtańszym środkiem lokomocji. Niecałe 5 groszy za kilometr :)

Kiedyś pisaliśmy o stronie FlightDiary, która jest swego rodzaju Facebookiem dla osób, które często podróżują samolotami i chcą prowadzić dziennik swoich lotów. Ostatnio strona fly4free.pl utworzyła swoją wersję takiego dziennika. Wersja ta jest nieco uboższa pod względem różnej ilości statystyk względem FlightDiary. Jednak ma bardzo istotną dla nas funkcję. Przy każdym locie podaje się koszt biletu lotniczego. Następnie stronka wylicza nam jaki jest koszt jednego kilometra podczas naszych podróży :-).

Kasia:

0,0498 zł/km

Nikodem:

0,1074 zł/km

Poniżej mała konfrontacja z pozostałymi środkami transportu:

  • PKP Intercity – cena za kilometr to około 24 grosze
  • Taxi – cena za kilometr to około 2 złote
  • Samochód – cena za kilometr to około 35 groszy
Dzisiejszym postem chcemy Was przekonać, że latanie samolotem jest najbardziej opłacalnym środkiem transportu, a przy tym oczywiście najszybszym 🙂