Recenzja hotelu Hilton Batumi

W kwietniu odwiedziliśmy po raz kolejny Batumi, tym razem wybraliśmy jednak nieco inny rodzaj zakwaterowania. Jako, że do utrzymania wysokiego statusu w sieci Hilton brakowało nam kilku pobytów, postanowiliśmy zarezerwować dwie noce w hotelu Hilton Batumi. Nocleg dla trzech osób kosztował nas  130$ za pokój za noc. Otrzymaliśmy ofertę ze śniadaniem i dostępem do saloniku. Hotel jest pięknie położony. Z jednej strony jest bardzo blisko centrum i wszelkiego rodzaju atrakcji turystycznych. Z drugiej, znajduje się przy samym morzu. Z wyższych pięter budynku roztacza się przepiękna panorama na morze, a z drugiej strony budynku na miasto i góry. Jeżeli nie będziecie chcieli zanocować w tym obiekcie polecamy skorzystać ze Sky Baru „Nephele”, mieszczącego się na najwyższym piętrze budynku, skąd można podziwiać widoki na całą przestrzeń wokół obiektu.

 

Przyjazd do hotelu i zameldowanie

Do Batumi przyjechaliśmy pociągiem, skąd do hotelu udaliśmy się autobusem kursującym między dworcem a centrum. Przy hotelu znajdują się parkingi, jednak ich obłożenie jest dość spore. Hotel oferuje swój parking w cenie 15 GEL za dobę. Podczas zakwaterowania trafiliśmy na wykwaterowanie dwóch grup wycieczkowych, zatem zamieszania było dość sporo. Nie było to problemem dla obsługi, ponieważ po chwili znalazła się recepcjonistka Anna, która świetnie się nami zaopiekowała. Obsługa bardzo dobrze mówi po angielsku i rosyjsku. Przy zameldowaniu zostaliśmy oczywiście powitani, dowiedzieliśmy się o wszelkich udogodnieniach, godzinach posiłków, oraz sposobie logowania się do sieci wi-fi. Przybyliśmy do hotelu około godziny 12 i po około 20 minutach mogliśmy zająć pokój. Do pokoju zaprowadziła nas recepcjonistka, która podczas jazdy windą opowiedziała co znajduje się na którym piętrze (w hotelu możemy skorzystać ze SPA, siłowni, basenu, kasyna oraz sal konferencyjnych, restauracji i baru).Kiedy zostaliśmy sami jak zawsze dokonaliśmy małego rekonesansu otrzymanego apartamentu. 😉 Z racji dużego obłożenia nie był on w pełni przygotowany – brakowało wstawki dla członków Hilton Honors oraz dostawki. Wszystko zostało jednak po chwili nadrobione, a my udaliśmy się na kawę do saloniku.

 

Pokój

Apartament narożny mieścił się na 16 piętrze. Z jego okien rozpościerał się przepiękny widok na góry i miasto, który wieczorem robił niesamowite wrażenie. Apartament składał się z pokoju dziennego, e którym znajdował się telewizor, kącik wypoczynkowy,szafa, stół z krzesłami oraz zestaw do parzenia kawy i herbaty.

 

Do niego przylegała sypialnia z dużym łóżkiem, telewizorem z systemem rozrywki, część do pracy z biurkiem i toaletką, a także garderoba.  Łóżko było bardzo wygodne, idealnie zaścielone, z wyborem dwóch  poduszek. Po każdej stronie znajdowały się lampki nocne oraz do czytania (ledowe), wtyczki do kontaktu oraz radio-budziki. W garderobie mieliśmy do dyspozycji żelazko oraz deskę do prasowania, jak również duże lustro obejmujące całą sylwetkę.  W szafie, która pomieściłaby wszystkie ubrania Nikodema, które zostawił w Polsce 😀 mieścił się też sejf. Garderoba była na tyle przestronna, że pomieściła także nasze plecaki.

W sypialni cała ściana zewnętrzna była przeszklona co zapewniało niesamowite widoki. Niestety w słoneczny dzień temperatura w pokoju znacząco się podnosiła. Na szczęście klimatyzacja działała sprawnie, więc nie stanowiło to problemu.

Pokoje bardzo przytulne, czyste, schludne. Urządzone gustownie, w zasadzie niczego w nich nie brakowało. Nie było niczego, co mogłoby być na minus 😉 Przy sypialni znajdowała się łazienka, w której można było skorzystać zarówno z prysznica jak i wanny, oddzielonego WC, a także jednej umywalki. Standardowo znajdowały się w niej zestaw kosmetyków (początkowo dla dwóch, później dostawiono kolejne- już dla trzech osób), wszelkie dodatki w postaci czepka, wacików, jak również suszarka, oraz szlafroki. Mieliśmy do dyspozycji trzy komplety ręczników.

 

Śniadanie

Śniadanie jest serwowane zarówno w saloniku jak i w restauracji na parterze. Polecamy zjeść je właśnie w głównej restauracji, ponieważ jest naprawdę bardzo urozmaicone, a obsługa- wprost nieprzyzwoicie gościnna i troskliwa. Przy wejściu wita nas główny manager hotelu i kieruje do kierowniczki sali, która znajduje dla nas stolik. Przez cały czas możemy się czuć zaopiekowani ;). Obsługa dopytuje się się czy nam smakuje, troszczy o to by niczego nie brakowało i  czy wszystko jest takie, jakie być powinno. A jest na najwyższym poziomie. Takiej obsługi i jakości nie doświadczyliśmy w żadnym innym hotelu, w którym mieliśmy przyjemność nocować.  

Niestety nie jesteśmy w stanie opisać wszystkiego co było serwowane  na śniadanie. Były dostępne dwie stacje z daniami serwowanymi z jaj. Jedna bezpośrednio w sali śniadaniowej, druga już na kuchni. Polecamy Wam bardzo jajka po benedyktyńsku – niebo w gębie. Na śniadanie był dostępny bardzo szeroki wybór pieczywa i lokalnych serów. Ponadto pyszna herbata z samowaru oraz świeżo wyciskany sok z pomarańczy, który można było przygotować sobie w maszynie jak z nadmorskich barów 🙂

O dziwo zdjęć mamy niewiele, a to wszystko z wrażenia 😀

 

Salonik

Dostęp do saloniku można uzyskać przez wykupienie pokoju na piętrach Executive oraz dzięki posiadaniu karty członkowskiej Hilton Honors o wysokim statusie (Gold, Platinum). W saloniku hotelu Hilton Batumi możemy zjeść śniadanie w godzinach porannych (od 6 do 10) oraz kolację z wyborem alkoholi od godziny 18 do 20. Poza tym przez cały dzień można tam korzystać z różnego rodzaju przekąsek, owoców, zimnych i gorących napojów.

 

Ze śniadania w saloniku nie korzystaliśmy. Zaraz po przyjeździe do hotelu udaliśmy się do niego na kawę. Do niej mieliśmy możliwość wyboru dwóch ciast oraz dwóch rodzajów kanapek. Przez cały dzień możemy napić się soków owocowych, napojów gazowanych, wody, czy napoju typu Ice Tea.

 

Po godzinie 18 w Executive Lounge możemy zjeść ciepły posiłek i skosztować kilku rodzajów alkoholi. Pierwszego dnia naszego pobytu serwowano rybę oraz grillowaną cukinię.  Kolejnego dnia ryż z warzywami oraz pikantny gulasz. Do tego wciąż można było korzystać z kanapek, ciast oraz innych małych zakąsek. Serwowane posiłki były wysokiej jakości, dobrze przyprawione. Z saloniku nie korzysta wiele osób… Mimo, że zdarzało nam się widywać gości na piętrach executive, to w saloniku pierwszego dnia byliśmy sami, a drugiego towarzyszyła nam 4 osobowa grupa. 

 

Wybór alkoholi obejmował wódkę, gin, whisky oraz wino białe i czerwone, jak również piwo, które chłodziło się w lodówce. Nad wszystkim czuwa kelner, który pilnuje, by niczego nie brakowało.

Z Executive Lounge roztacza się przepiękny widok na morze… Warto wejść i rozkoszować się kawą w takich okolicznościach.

 

Podsumowując

Jeśli będziecie w Gruzji – koniecznie odwiedźcie ten hotel. Takiej obsługi, w podobnej klasie hoteli, nie spotkacie nigdzie indziej. Serwis bez żadnych zastrzeżeń. Ponadto pyszne jedzenie i cudowne widoki…. Według nas ten hotel spełnia wymagania 10/10! 🙂

Gruzja cztery lata później…

… wciąż nas zachwyca. Według nas jest to najwspanialszy kraj w tej części świata. I nie tylko to pozostało bez zmian. Kuchnia wciąż pieści podniebienia, wino przyjemnie szumi w głowie, a przyroda i krajobrazy zapierają dech w piersiach. W zasadzie zmianie uległa tylko jedna rzecz i to na całe szczęście. Chociaż kraj ten przez to traci trochę na charakterze. Mianowicie – na drogach zrobiło się dziwnie cicho, spokojnie, bezpiecznie… Dwa pasy jazdy to dwa, nie cztery jak było kiedyś. Są światła, kierunkowskazy, klakson słychać w przypadkach koniecznych. Faktem jest, że już nie balibyśmy się wynajmować tam auta bo bezpieczeństwo znacząco się poprawiło. Niestety jednak mam wrażenie, że zabrano Gruzinom trochę ich tożsamości i charakteru. Ta jazda nie pasuje do nich tak, jak do mnie różowa, pomponiasta kiecka. Na szczęście ja nie muszę takowej zakładać. A Gruzini… nie wiem co mogło ich przekonać do tak diametralnej zmiany stylu życia (bo chyba bardziej był to styl życia 😉 . Być możne fakt, że kraj ten stara się o przyjęcie do Unii Europejskiej. Nie będę oceniała czy to dobrze, czy źle. Na pewno wpływa to na poprawę życia, jego komfort zarówno dla mieszkańców jak i turystów. W stolicy jest wiele nowych miejsc, gdzie można dobrze i smacznie zjeść na wysokim poziomie. Jest czystko, schludnie… każdy znajdzie coś dla siebie.

Tbilisi

Jeśli nie czytaliście o naszej pierwszej wyprawie do Gruzji, to nic. Możecie zajrzeć na wcześniejsze, obszerniejsze wpisy w zakładce Azja->Gruzja, albo przeczytać to, co w poniższej pigułce mamy Wam do przekazania.

Mccheta, dawna stolica Gruzji położona niedaleko Tbilisi
  • Kilka praktycznych porad

Jak zwykle lecimy linią WizzAir wykorzystując punkty, które uzbieraliśmy na koncie (pomaga nam w tym karta kredytowa WizzAir, o której wkrótce w osobnym wpisie). Tym razem wylatywaliśmy z Wrocławia do Kutaisi, skąd autobusem GorgianBus ( [klik] rozkład dopasowany jest do przylotów/odlotów) dotarliśmy do Tbilisi. Do Gruzji spokojnie możemy wjeżdżać na dowód. My jednak latamy z paszportem ze względu na sentyment do pieczątek 😉 Polecamy zabrać dolary, które najlepiej wymienić w Tbilisi. Im dalej od centrum miasta tym lepszy kurs. Wymienialiśmy w bankach, kantorach, a nawet w podejrzanie wyglądających „budkach”. Z wymianą nie było żadnych problemów. Jedynie do Sighngaghi polecamy zabrać gotówkę, ponieważ w tej niewielkiej miejscowości może być problem z wymianą i wybraniem jej z bankomatu. Poza tym, w większości restauracji, barów czy innych miejsc można płacić kartą. Niestety daleko w tyle są hotele- tylko w jednym mogliśmy zapłacić kartą. Waluta od 2014 roku potaniała, jednak ceny nieznacznie wzrosły, co sprawia, że Gruzja wciąż jest bardzo tanim krajem. Przykładowe ceny podamy na końcu wpisu. Kiedy jechać do Gruzji? Zawsze. O każdej porze roku ma ona swój klimat. Zależy on też od danego regionu, można jednak przyjąć, że jest zbliżony do naszego.  Jeśli chodzi o język bez problemu dogadamy się po rosyjsku. Po angielsku na ogół także (stolica i Batumi).

  • Tbilisi

Stolica po 4 latach stała się mniej chaotyczna, czystsza, z pewnością trochę bardziej turystyczna co widać po ilości osób przyjeżdżających z plecakami i aparatami fotograficznymi. My swojego nie zabraliśmy, więc łatwiej nam było wtopić się w tłum. Szczególnie (jak zawsze) Nikodemowi 😀 . Nie będziemy Wam pisać co warto zobaczyć bo to już kiedyś zrobiliśmy i nic się w tym zakresie nie zmieniło. Polecimy Wam raz jeszcze restaurację Machakhela [TripAdvisor- klik], która nigdy nas nie rozczarowała. Ceny niskie, jedzenie bardzo smaczne. Nam szczególnie smakują tam chinkali kalakuri (mięsny, pikantny farsz z dużą ilością ziół). Są jednymi ze smaczniejszych jakie przetestowaliśmy. Karta jest pełna gruzińskich przysmaków, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Wino  także mają pyszne. 

Restauracja Machakhela

Jeśli jednak zależy Wam na znacznie bardziej gruzińskiej gościnności, to koniecznie musicie odwiedzić Cafe Palermo [TripAdvisor-klik].  Gdyby Magda Gessler zjadła obiad w tym miejscu to chyba dopiero wtedy dowiedziałaby się czym jest serce do gotowania i goszczenia, odpowiedzialność za to co podaje się gościom, wyśmienita kuchnia i przyjazna atmosfera. To wszystko i wiele więcej w towarzystwie jednego z najlepszych win w Gruzji. Musicie się tam udać. Z centrum jest niedaleko. A po uczcie jaką zafunduje przemiła właścicielka warto będzie udać się na długi spacer. PS. jeśli nie wiecie co zamówić, ona z pewnością będzie wiedziała co Wam podać 😉 .

 

  • Sighnaghi
Sighnaghi

W tym mieście przez ostatnie lata wzrosła baza noclegowa. Pojawiło się wiele ciekawych obiektów, przez co spadły także ceny. My nocowaliśmy w przyjemnym pensjonacie z widokiem na góry Kaukazu. W Sighnaghi poznaliśmy też Polaka, który zamieszkał w tym uroczym mieście i otworzył hostel pod nazwą Peter’s Guesthouse [Booking.com – klik], który Wam polecamy. Do miasta można się także udać na  cały dzień wyjeżdżając jedną z pierwszych marszrutek z dworca Samgori (około godziny 9, oczywiście czekamy aż znajdzie się komplet osób więc może być wcześniej, później… 😉 ). Podróż trwa 2 godziny. Ostatni bus odjeżdża około godziny 17:00. Koszt przejazdu to 6 lari/osoba. Mamy więc sporo czasu by włóczyć się wąskimi, szerokimi, brukowanymi uliczkami miasta. Koniecznie przejdźcie historycznymi murami miasta. Jeśli dopisze Wam szczęście będziecie mogli podziwiać przepiękną panoramę z górami Kaukazu w roli głównej. Po zwiedzaniu zostawcie sobie odrobinę sił na drogę, którą pokonacie do The Terrace Signagi [TripAdvisor- klik], gdzie zjecie wyśmienity obiad z zachwycającym widokiem. Nie będę Wam opowiadać co jadłam, bo wręcz nie wypada. Świetna kuchnia, niskie ceny i te widoki… oh, ah!

The Terrace Signagi
  • Batumi
Plaża w Batumi

To najbardziej „europejski” zakątek Gruzji. Wszystko jest takie piękne, takie „cacy”, błyszczy się, świeci, gra i nawet tańczy. Jest sporo kawiarni, ekskluzywnych restauracji, dobrych hoteli. Jest morze i to właśnie ono sprawia, że odwiedzamy to najmniej gruzińskie z gruzińskich miast. Jest tam też Hilton, w którym można za niewielkie pieniądze wypocząć w luksusie. Tam dopiero doznacie sympatii i gościnności. I zobaczycie niesamowite panoramy na każdą stronę miasta i morze. Recenzja hotelu Hilton Batumi pojawi się wkrótce. Ze względu na śniadanie i happy hours, które mieliśmy w cenie noclegu nie korzystaliśmy z lokali gastronomicznych w mieście. Plan wycieczki był zbliżony do poprzedniego. Tradycyjnie ze stopem na kawę na placu Piazza. Mimo, że tutaj tak trochę „po amerykańcku” to nam się podoba. I wrócimy tu już niedługo, a co!

  • Ceny w Gruzji w 2018 roku [kwiecień|

Bilety lotnicze kupiliśmy za 130 zł w obie strony (całkowity koszt to 288 zł od osoby, ale obniżyliśmy ją do 130 zł dzięki karcie WizzAir)

Noclegi:
Tbilisi – Nine Hotel – 33 zł od osoby za noc
Sighnaghi – Boutique Hotel BellaVue – 73 zł od osoby za noc
Batumi – Odisea Apart Hotel – 44 zł od osoby za noc ze śniadaniem

Wszystkie powyższe noclegi rezerwowaliśmy poprzez Booking.com. Jeśli nie macie jeszcze konta na tym portalu to zapraszamy do dokonania pierwszej rezerwacji przez link (https://www.booking.com/s/34_6/e85fd39c). Dzięki temu otrzymacie 50 zł zwrotu po pobycie.

Dwie noce spaliśmy także w 5* Hiltonie Batumi, za który zapłaciliśmy 45$ za osobę/noc. Może wydawać się dużo, jednak dzięki naszemu statusowi w sieci Hilton mogliśmy skorzystać z benefitów takich jak śniadanie, czy wstęp do Executive Lounge – wraz z kolacją i otwartym barem w godzinach popołudniowo-wieczornych.

Za transport po kraju płaciliśmy odpowiednio:
20 GEL – bus z lotniska w Kutaisi do Tbilisi
15 GEL – bus z Batumi na lotnisko w Kutaisi
(https://www.georgianbus.com)

21 GEL – pociąg z Tbilisi do Batumi (https://tkt.ge)

PS. Pamiątki najlepiej kupić w Tbilisi. W Batumi są znacznie droższe

Pociąg z Tbilisi do Batumi

Posiłki są w restauracjach gruzińskich bardzo tanie, dlatego często w nich gościliśmy. Chinkali, czyli pyszne gruzińskie pierożki są sprzedawane na sztuki (ok. 1 zł za duży pieróg – 5-6 wystarczy, żeby się najeść). Chaczapuri jest dostępne w wielu rodzajach i rozmiarach i kosztuje między 7, a 20 zł.
Jeśli chodzi o napoje to serdecznie polecamy gruzińskie lemoniady w wielu smakach – w restauracjach kosztują ok. 2 zł za butelkę. Piwo to koszt około 5 zł. Oczywiście Gruzja to kraj wina – duży wybór znajdziecie w każdej knajpce, a ceny zaczynają się nawet od 8 zł za litrowy dzbanek domowej roboty wina, które jest bardzo dobre.

Gruzińskie ucztowanie

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

W poprzednich wpisach wspominaliśmy o wszechobecnych w Gruzji krówkach. Zanim jeszcze dotarliśmy do Batumi, po drodze nie raz spotkaliśmy te oto zwierzęta korzystające z  „wolności” i biegające nawet pomiędzy torami kolejowymi.  Po kilku godzinach dotarliśmy do tego nadmorskiego kurortu. Jest to miejsce zupełnie inne niż cała Gruzja. Jeśli ktoś lubi miejski, nowoczesny klimat europejskich miast, z pewnością odnajdzie się w Batumi. Według nas warto odwiedzić to miejsce, choćby ze względu na bliskość morza. Warto wynająć miejsce noclegowe nieco dalej od centrum miasta, co zapewni spokój, a wciąż tanio i szybko do niego wrócimy.
Krowa w Batumi, wybrała się na spacer po torach kolejowych
Droga do Batumi, które widać na drugim planie
Kilka fotografii z Batumi: 
Pociąg pod koniec biegu porusza się nad samym morzem, widoki są na prawdę przepiękne. Przez chwilę widać nawet ogród botaniczny, którego w końcu nie udało się nam odwiedzić. A szkoda, ponieważ słyszeliśmy, że można tam trafić na naprawdę piękne okazy… 😉

Po zostawieniu bagaży w hostelu udaliśmy się od razu na obiad oraz na plażę. Znaleźliśmy świetną restaurację, z pięknie zaaranżowanym ogrodem. Ceny jak na jakość śmiesznie niskie. Posiłki – jak w całej Gruzji pyszne. Naszła mnie właśnie myśl, że może właśnie to umocniło moją miłość do Gruzji… przez tą kuchnię. Jestem strasznym łasuchem, więc obcowanie każdego dnia z wieloma pysznościami miało na to istotny wpływ. Aż się boję co będzie, kiedy w końcu odwiedzę Włochy 😉

Nikodem też chyba zadowolony z posiłku 😉 chociaż może to to wino…
 

Plaże w Gruzji są głównie kamieniste dlatego przydadzą się porządne klapki, a najlepiej buty z grubszą podeszwą. Niedogodności te wynagradza jednak czysta i ciepła woda. Niestety  w Morzu Czarnym podczas tego wyjazdu kąpaliśmy się jeszcze tylko dwa razy. W zasadzie mieszkaliśmy w wiosce obok najsłynniejszej nadmorskiej miejscowości. Może właśnie z tego powodu tak rzadko bywaliśmy tam na plaży. Wbrew temu co można sądzić w Batumi naprawdę można w ciekawy sposób spędzić czas. W zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie – wykwintne restauracje, ekskluzywne hotele przy samej plaży, kluby, w których grywają sławni DJ’e. Chyba jedyne miasto w całym kraju, w którym tak intensywnie toczy się nocne życie.

W Batumi nowoczesne kształty mieszają się z zabytkową architekturą, pośród pięknych kamieniczek wznoszone są wielkie, oszklone hotele. Nad brzegiem morza rozciąga się piękna promenada, przy niej, jak w Polsce, mnóstwo sklepikarzy oferujących tandetne pamiątki. Można by rzec – Europa. Jednak, czy w Europie, prawie w samym centrum mogłaby się znajdować fontanna, z której każdego dnia o godzinie 16:00 wypływa bimber? Takie rzeczy tylko w Gruzji. To tam będziemy mieli okazję zupełnie za darmo skosztować tradycyjnej gruzińskiej 70% wódki. Z chacha fountain leje się ona „bez limitu” przez 5 minut, wystarczy tylko podstawić kubeczek.

Niko zadowolony… zaraz przecież poleci wódeczka 😉

Odchodząc od całego zgiełku napotkamy kolejne „tańczące fontanny”, miejsca relaksu, w których można na świeżym powietrzu zagrać w bilard, czy tenisa stołowego. Znajdziemy także piękny niewielki budynek zbudowany z drewna, jest to odbudowany teatr. Wieczorem jest on pięknie podświetlony i robi na prawdę piękne wrażenie.

O tej porze polecamy wybrać się na Piazza Square. Nie trzeba wiele o tym mówić, zdjęcia zobrazują wszystko… Piękne, romantyczne miejsce, w którym każdego wieczora można usłyszeć muzykę na żywo. W otoczeniu malowniczych kamieniczek, pięknych posadzek i rozgwieżdżonego nieba można w tym miejscu utknąć wiele godzin sącząc pyszną kawę.

Kolejnego dnia wjechaliśmy na wzgórze kolejką, skądinąd bardzo popularną w Gruzji. Tak popularną w tym miejscu, że oczekiwanie na dostanie się do wagonika wynosiło godzinę. Koszt biletu w dwie strony to 5 zł. Osobom z problemami lokomocyjnymi polecam w trakcie przejazdu zamknąć oczy i liczyć do dwustu. Widok na szczycie wynagrodzi nam wszystkie wcześniejsze dolegliwości. Panorama miasta szczególnie po zachodzie słońca robi imponujące wrażenie. Na dodatek natrafiliśmy na koncert muzyki gruzińskiej w wykonaniu zespołu składającego się z młodych chłopaków grających na tradycyjnych instrumentach. To zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Prawdę mówiąc zasłyszane tam utwory słuchamy do dziś 😉

Abstrahując od wszystkiego co dane nam było zobaczyć w tym nadmorskim kurorcie muszę napisać o czymś najważniejszym. Otóż nie jestem zwolenniczką fast-food’ów, czy innych wysoce przetworzonych produktów. A raczej nie byłam… Do momentu kiedy idąc od Piazzy nie natrafiliśmy na budkę, w której sprzedawano kebaby. Zapach był oszałamiający. Pan bardzo sprawnie przygotowywał spore porcje, więc zamówiliśmy dla nas po jednej. I był to strzał w dziesiątkę. Pyszny placek, soczyste, pachnące mięso i mnóstwo świeżych warzyw. Wszystko oczywiście na koniec podgrzane. Zupełna odmiana od tego co czeka nas w Polsce. Nawet nie przeszkodziły mi papryczki chilli znajdujące się w kebabie. I choć od tego czasu próbowałam kilku tych dań w Polsce, żaden jeszcze nawet w 1/3 nie przypominał tego, którego jedliśmy w Batumi.

Po tylu przyjemnościach coś musiało pójść nie tak… otóż zepsuła się pogoda, do tego stopnia, że zmuszeni byliśmy skrócić nasz pobyt w Batumi. Jednak… nie przewidzieliśmy, że zainteresowanie biletami kolejowymi jest tak duże, i że na najbliższe trzy dni wszystkie miejsca są wyprzedane. I tu zapala się czerwone światełko, by swoją podróż planować wcześniej. Przynajmniej o te 4 dni 😉 Z tego powodu zmuszeni byliśmy wybrać inny środek transportu. Obawialiśmy się podróży marszrutą,wcześniej wspominałam o stylu jazdy gruzińskich kierowców. Wiedząc, że większość drogi stanowią skąpane między górami serpentyny zależało nam na jeździe pociągiem… ale… Tak więc udało nam się kupić bilety w, jak się nam wydawało, dużym klimatyzowanym autokarze. O umówionej godzinie podjechał…. mały busik, który zapakowany został podróżnikami i ich bagażami po brzegi. W trakcie prawie 5 godzinnej podróży 10 razy myślałam, że zginiemy. Później po prostu zamknęłam oczy. Chcę byście sobie tego oszczędzili – pilnujcie więc biletów na pociąg. Jedzie się krócej, bezpieczniej i bardziej komfortowo.

Do Tbilisi dotarliśmy nocą, w nieznaną nam część miasta. Bez dokładnej mapy i dostępu do internetu było nam ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek znanego punktu. Po czasie i kilu próbach podróży różnymi autobusami dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Zamówiliśmy taksówkę pod znany nam adres – hostelu, w którym nocowaliśmy już wcześniej (Tbilisi Classic Hotel, który bardzo serdecznie polecamy). Mimo, że zbliżała się północ, przyjęto nas tam z otwartymi ramionami. Wyspaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na ostatni już spacer po ukochanej, gruzińskiej stolicy… Odwiedziliśmy muzeum instrumentów (pan zna świetnie język polski więc o wszystkim nam opowie), ponownie udaliśmy się wąskimi uliczkami do twierdzy, następnie zjechaliśmy do parku i krążyliśmy znanymi nam trasami nie chcąc wracać…

Przepiękne kolorowe gruzińskie klimaty
Siarkowe łaźnie oraz widok na część miasta
Boczne, lecz również klimatyczne uliczki
Pożegnaliśmy się ze wspaniałym krajem, pełnym serdecznych i uśmiechniętych ludzi chętnych do ciągłej zabawy, krainy wyśmienitej kuchni i wspaniałego wina, gościnności i życzliwości. Piękną, malowniczą krainą, którą z pewnością jeszcze nie raz uda nam się odwiedzić…

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

Wróciliśmy do Tbilisi, by odwiedzić kolejną bardzo ważną w całej Gruzji, i nie tylko, świątynię. Sobór Trójcy Świętej jest jedną z największych świątyń prawosławnych na świecie. Niestety nie mogliśmy dostać się do środka, ponieważ trwało nabożeństwo, a ja nie miałam ze sobą niczego by okryć nogi i ramiona… Myśleliśmy, że może innym razem się uda, ale wiadomo jak to jest z takimi następnymi razami 😉 To jednak w niczym nam nie przeszkodziło. Usiedliśmy na ławce pod Świątynią i tak…. spędziliśmy ponad dwie godziny. Jakoś nas ten widok zaczarował. I może to dobrze, ponieważ widok zachodzącego słońca i skąpanego w jego blasku budowli zrobił na nas niezwykłe wrażenie…

Do hostelu poszliśmy okrężną drogą, co również pozwoliło odkryć urokliwe miejsca Tbilisi.

Mieliśmy okazję widzieć Urząd Miasta – kolejny budynek zaaranżowany w bardzo nowoczesnym stylu. (Na zdjęciu w tle;) )

Kolejnego dnia udaliśmy się na stare miasto. Krążyliśmy uliczkami, przesiadywaliśmy w restauracjach. Kuchnia gruzińska to poezja… Jest bardzo prosta ale niezwykle pyszna. Chaczapuri w różnych wersjach (podstawowa z serem, oraz Adżaruli z jajkiem – obie wyśmienite), kinkali – czyli sakiewki z różnym nadzieniem (bardziej fantazyjna wersja pierogów) z różnymi farszami do wyboru – mięsnymi, serowymi, czy warzywnymi. Szaszłyki, pieczone mięsa, bakłażany, pyszne sałatki, jest tego mnóstwo… I wszystko wyjątkowe i przepyszne. Jeśli do tego dołożymy lampkę domowego wina, mamy przepis na wyśmienity wieczór. W jednej z odchodzących od starego miasta uliczek napotkamy zegar przy teatrze lalek. O godzinie 12 i 16 na wieży zegara otwierały się drzwiczki i mięliśmy okazję obejrzeć krótką historyjkę skłaniającą do refleksji 😉

Przy tej całej egzotyce postanowiliśmy trochę odpocząć w miejscu, które uznawane jest za gruzińską Toskanię. Jest to Signagi – niewielkie miasteczko położone wśród wzgórz na wschodzie kraju. Wszystko tam jest zachwycające i wyjątkowe. Wąskie, brukowane uliczki, piękne kamienice. Wszystko stwarza niesamowitą aurę… A kiedy przychodzi wieczór…. Na prawdę dałabym wiele, by móc się teraz tam znaleźć… 😉

W Signagi wynajeliśmy pokój w przytulnym hostelu z pięknym widokiem z balkonu. Miasteczko jest niewielkie więc myśleliśmy, że od razu uda nam się zobaczyć wszystko. Niestety aura w południe była dość męcząca. Bylo bardzo gorąco, duszno i trudno było w ogóle funkcjonować. Jako, że mimo tego doskwierał nam ogromny głód poszliśmy na obiad, do którego oboje wypiliśmy po zimnym piwie. Wróciliśmy do hotelu by przetrwać największy upał i dopiero pod koniec dnia wyruszyliśmy na długi spacer.Przeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz, obchodząc wszystkie piękne uliczki, chłonąc roztaczające się wokół malownicze widoki. Może nie będziemy dużo pisać- zdjęcia oddają więcej.

Widok z balkonu naszego hostelu
Wszędzie ta pyszna lemoniada!

Warto poświęcić pół dnia by w udać się do Monasteru Bodbe w rejonie Kachetii.. Myśleliśmy, że znajduje się on w odległości 2 kilometrów, jednak idąc w 30 stopniowym upale droga jakby się znacznie wydłużyła. Po dotarci na miejsce zobaczyć można kompleks świątyń. W Monasterze św. Jerzego znajdują się szczątki św. Nino, która jest apostołką i patronką Gruzji. Obecnie pobliski klasztor wciąż jest zamieszkiwany przez zakonnice, które znajdują się tamtejszymi terenami i zabytkami – dwoma świątyniami. Niewielka, w której znajdują się szczątki świętej podczas naszej wizyty podlegała renowacji. Na jej murach znajdują się przepiękne malowidła. Druga, znacznie większa również jest remontowana. Po ich zobaczeniu można udać się do źródła św. Nino, z którego wydobywa się woda o uzdrawiającej mocy. Jednak widząc liczną grupę turystów zmierzających w tamtym kierunku zrezygnowaliśmy z tego punktu naszego planu. Jako, że czas odjazdu marszrutki do Tbilisi się zbliżał, po kawie i lemoniadzie w kawiarni w pobliżu Monastyru, udaliśmy się w drogę powrotną do Signagi. Idąc na wzgórze, na początku naszej wędrówki nie raz słyszeliśmy szelesty w otaczających lasach. Bałam się, że to żmije, o których wiele czytaliśmy wcześniej, ponoć niebezpieczne dla ludzi. W drodze powrotnej obawy nasze się rozwiały, ponieważ wszelkie szelesty i trzaski powodowały małe cielaczki, które swobodnie teraz spacerowały sobie wzdłuż drogi.

W zasadzie w całej Gruzji nie raz mięliśmy okazję spotkać się z biegającymi po drodze krowami 😉

Z „gruzińskiej Toskanii” dotarliśmy do stolicy. W niej spędziliśmy jeszcze porę obiadową w jednej z ciekawszych restauracji serwujących lokalną kuchnię. W niewielkiej cenie można zjeść tam wszystkie dania, z których słynie Gruzja. Po posiłku ruszyliśmy na dworzec, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Batumi…

„Nasza” Gruzja- cz. 2

Dzisiaj wrócimy bowiem do opowieści o Gruzji. Odtworzymy w pamięci czas spędzony w tym pięknym kraju i postaramy się opisać każde z odwiedzonych przez nas miast.
Po przyjeździe z lotniska odnieśliśmy nasze bagaże do hostelu i wyruszyliśmy w podróż po stolicy. Metro w Tbilisi działa bardzo prężnie i zawsze przyjeżdża na czas, zarówno jego pierwsza jak i druga linia. Wysiedliśmy na stacji Rustaveli by najsłynniejszą ulicą dotrzeć spacerem do centrum. Ulica być może bardzo rozsławiona, często polecana w przewodnikach, jest z pewnością pełna pięknych budowli, zadbanych kamienic i z pewnością stanowi centrum życia kulturalnego. Odstrasza jednak fakt, że w godzinach szczytu trudno na niej o spokój, ponieważ warczące i trąbiące na siebie pojazdy potrafią skutecznie zburzyć panujący na niej nastrój. Pośród wielu sklepów i kawiarni odnaleźliśmy kilka znaczących miejsc.

W międzyczasie usiedliśmy na kawę. Generalnie była to pierwsza i ostatnia „europejska” kawa 😉 Zwykle w Gruzji serwowana jest mocna i bardzo słodka kawa „sypana”. Niestety ja z tych co wolą rozpuszczalną i niezbyt mocną śniadaniową kawę 😉

Naszym głównym celem tego dnia było dostać się do Matki Gruzji, a dokładniej Kartlis Deda znajdującej się na wzgórzu zwanym Narikala. Otóż jest to ogromny pomnik stojący na wzgórzu nad miastem przestawiający postać kobiety trzymającej w jednej dłoni kielich z winem (dla przyjaciół) i miecz (dla wrogów). Idealnie charakteryzuje ona gruzińską naturę. Na wzgórze można dojechać kolejką, a przejazd w obie strony kosztuje niespełna 2 zł od osoby. Warto z tego skorzystać, ponieważ widok roztaczający się na miasto po dotarciu na miejsce jest piękny. Po krótkim spacerze byliśmy tuż „pod stopami” Matki Gruzji. Niestety należy przyznać, że znacznie lepiej prezentuje się widziana z dołu… 😉

Widok ze wzgórza na panoramę miasta
Matka Gruzja

Przystanek kolejki po zjechaniu z góry znajduje się tuż przy parku, który był kolejnym punktem na naszej mapie. Przechodziliśmy w słońcu jego uliczkami i zastanawialiśmy się jak to możliwe by w tak przywiązanym do tradycji kraju mogły powstać dzieła nawiązujące do nowoczesności, jak chociażby most określany mianem „allways” (kobiecego produktu znanego nam z reklam), czy wspomnianego przed chwilą parku. Miejsce to jest bardzo zadbane i zaplanowane, pełne nowoczesnych aranżacji służących za rzeźby/leżaki. Całość robi jednak bardzo pozytywne wrażenie. Zbliżający się wieczór postanowiliśmy spędzić w parku przy fontannach ponieważ każdego dnia odbywa się tam pokaz tańczących ze sobą strumieni wody w rytm dźwięków muzyki klasycznej (i nie tylko). Widowisku towarzyszą piękne świetlne iluminacje. Prawdę mówiąc żadna inna fontanna nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, zarówno w całej Gruzji (każde miasto ma swoją fontannę,czasem nie jedną 😉 ) jak i w innych krajach.

Słynny most w tle na zdjęciu
A tu już bliższe spotkanie z „always” 😉
Tańczące fontanny
Kolejnego dnia wyruszyliśmy do Mcchety, jednego z najstarszych miasteczek w Gruzji. Dojechać do niego można marszrutką za 7 zł w obie strony. Musimy pokonać 15 kilometrów dość krętą drogą. Niestety jedyną wadą Gruzji są kierowcy… Ich styl jazdy nie raz przyprawił mnie o stan przedzawałowy. Wyprzedzanie „na trzeciego”, przed zakrętem i na wzniesieniu jest zupełnie normalne. Podobnie jak w Maroko sposobem porozumiewania się kierowców na drodze jest trąbienie na siebie na wzajem, czy trąbienie na cokolwiek… 😉 Po prostu trzeba sobie ulżyć i uderzyć w klakson. Udało się nam jednak cało dotrzeć na miejsce. Mccheta to niewielkie miasteczko, jednak posiadające znaczące zabytki i piękną architekturę. Brukowane wąskie uliczki, piękne kamienice i domy, obecność wzgórz – wszystko to nadaje temu miejscu wspaniałego klimatu. Dodatkowo wrażenie to potęgują mury obronne wznoszące się wokół Sweti Cchoweli.

Jest to katedra pochodząca z początków XI wieku, warto odwiedzić jej wnętrze ponieważ na ścianach świątyni zachowało się wiele malowideł pochodzących z okresu jej budowy. Niestety spora część z nich wciąż znajduje się pod tynkiem, którym pokryte zostały w 1830 roku. Chrzcielnica, która znajduje się w kościele pochodzi natomiast z IV wieku…

… ciąg dalszy nastąpi 😉

Podróż do krainy wina i malowniczych krajobrazów… Gruzja!

W trakcie naszych pracowitych wakacji znaleźliśmy niespełna dwa tygodnie by wyruszyć na wymarzoną wyprawę. Pod koniec sierpnia udaliśmy się do Gruzji i musimy przyznać, że była to najwspanialsza podróż, jaką do tej pory przeżyliśmy. Gościnność i otwartość mieszkańców przekraczała wszelkie granice, gruzińska kuchnia cudownie pieściła nasze podniebienia przez dwanaście dni a wspaniałe, domowej roboty wino rozluźniało nas wieczorem po wielogodzinnych wędrówkach.
To był piękny czas, przynoszący mnóstwo pozytywnych przeżyć, po którym obecnie przyszło nam wrócić do rzeczywistości…

Mimo wszystko postanowiliśmy wrócić wspomnieniami i podzielić się z Wami w dzisiejszym poście informacjami co i gdzie warto zobaczyć, gdzie zatrzymać się na dłużej, a także jaki budżet należy na taką wycieczkę przeznaczyć.

Stare miasto w Tbilisi

Najpierw kilka słów odnośnie biletu lotniczego. Udało nam się zakupić bilet na lot z Warszawy do Tbilisi za 549 zł w obie strony Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. To bardzo dobra cena, bo nie dość, że dotyczyła ona wysokiego sezonu to zawierała duży rejestrowany bagaż. Porównując cenę linii wizzair to minimum 190 zł w obie strony z małym bagażem podręcznym, jeśli jednak zależy nam na dużym bagażu to musimy dopłacić 150 zł do biletu w jedną stronę. łącznie wychodzi nam 490 zł. Czyli wychwyciliśmy fajnego deala 😉

Do Warszawy też dolecieliśmy samolotem. Lot z Bydgoszczy trwał niecałe pół godziny.

Jeżeli chodzi o transport z lotniska do centrum to mamy trzy możliwości. Albo zdążymy na szybką kolej miejską, która kursuje tylko 5 razy w ciągu całego dnia, albo pojedziemy marszrutką, bądź opcja najbardziej ekskluzywna- taksówka. Niestety jeśli zależy nam na komforcie musimy też liczyć się z dużym kosztem. Taxi spod terminala do centrum kosztuje czasami nawet 50 euro… My wybraliśmy marszrutkę, ponieważ samolot doleciał o 4 nad ranem, a pociąg mieliśmy dopiero po godzinie dziesiątej. Bus czekał na nas o siódmej rano. Dojechaliśmy nim do dworca kolejowego, a dalej do miejsca naszego zakwaterowania. W Tbilisi działają dwie linie metra,a w samym centrum znajduje się stacja przesiadkowa. Tak więc pod względem komunikacji stolica Gruzji jest na prawdę dobrze rozwinięta. Jeśli chcemy nieco się oddalić i wybrać w podróż do innych miast możemy wybrać marszrutkę. Jest to jednak opcja tylko dla odważnych pasażerów. Wyprzedzanie „na trzeciego”, pod górkę czy na zakręcie nie należy tutaj do rzadkości. Jeśli do tego dodamy wóz w stanie praktycznie rozsypki, z kierownicą po prawej stronie (pomimo tego, że ruch jest prawostronny)… Może być na prawdę niebezpiecznie. Alternatywą są pociągi tylko ważne jest, by odpowiednio wcześnie kupić bilet. My próbowaliśmy przedostać się z Batumi do Tbilisi i stojąc pewnie przy kasie po bilet dowiedzieliśmy się, że nasza podróż będzie możliwa dopiero za trzy dni…Cenowo podróż pociągiem jest zbliżona do tej w Polsce.  Marszrutki na dalekich trasach są względnie drogie (głównie dlatego, że są prywatne), podobnie jak taksówki. W mieście przejażdżka taka będzie nas kosztowała 70 groszy. Przejazd metrem natomiast 90 groszy. Musicie przyznać, że to na prawdę nie wiele (dla przykładu, przejazd z Kołudy Wielkiej do Janikowa- 4 km-kosztuje 3,20 zł za bilet ulgowy… marszrutką za 0,9 zł możemy przejechać nawet 15 km 😉 ).

Napis informujący, dokąd odjeżdża dana marszrutka

Cenowo Gruzja przedstawia się bardzo korzystnie. Korzystaliśmy z tego przez cały wyjazd, nie ograniczając się i wchodząc nawet do tych najlepszych restauracji. Najdroższy obiad kosztował 70 zł, był to dwudaniowy posiłek, z butelką 10 letniego wina… Standardowo płaciliśmy jednak w granicach 25 zł za obiad dla dwóch osób. Polecamy Wam serdecznie świetną knajpkę, sieciówkę, której nazwa jest niestety po gruzińsku i nie potrafimy jej przytoczyć 😉 Jest tam świetne, gruzińskie i niedrogie jedzenie. A do tego wino… 1,5 litra za 10 zł świetnego wina. Jednak ilość zmusza nas do długiego „biesiadowania”. Chinkali, czyli tradycyjne pierożki w formie sakiewek kosztują tutaj od 0,40 do 0,70 lari, czyli jakieś 0,70-1,30 zł za pierożka. Mi wystarczało 4 by porządnie się najeść, natomiast Nikodem musiał zjeść około 6. Kolejnym specjałem jest chaczapuri, czyli „gruzińska pizza”. Jest to drożdżowe ciasto z serem., natomiast chaczapuri adżaruli to odmiana z jajkiem i serem. Każda z nich jest przepyszna a co najważniejsze bardzo sycąca. Popularne są także szaszłyki z grilla, najczęściej z mięsa wołowo-wieprzowego. Jeśli już jesteśmy przy jedzeniu, to chcieli byśmy Wam polecić genialną lodziarnię. Znajduje się ona przy głównej ulicy w Tbilisi, standardowa porcja to 2 duże gałki, za które zapłacimy jakieś 5 zł. Warto, bo lody są na prawdę pyszne, a kawiarnia, w której są serwowane jest przyjemnym miejscem, w którym możemy złapać oddech w gorący dzień.

Fragment naszego najdroższego obiadu w Gruzji, czyli jakość Mariotta
za cenę średniej restauracji w Polsce

Teraz kilka słów na temat noclegów. Polecamy Wam kwatery prywatne, czy hostele. Wysoki standard będziemy mogli odnaleźć tylko w hotelach, a ich ceny są na prawdę bardzo wysokie. Ale czego trzeba studentom? Niektórzy preferują noclegi pod namiotem i z pewnością Gruzja jest bardzo sprzyjającym ku temu krajem. Rozbić się tam możemy na ogródku przy domu sympatycznych właścicieli, ale i blisko górskich szlaków. Zawsze pamiętajmy jednak o własnym bezpieczeństwie. Dla pozostałych, którzy cenią sobie łóżko i wieczorny prysznic znajdzie się wiele pokoi ze wspólnymi łazienkami w atrakcyjnej cenie. Nasze noclegi kosztowały od 20 do 60 zł i bardzo różniły się standardem. W Batumi pokój z łazienką kosztował niecałe 50 zł od osoby i należy przyznać, że warunki były bardzo komfortowe. Pozostałe pokoje łazienki nie posiadały, ale te poza nimi były zadbane. Mankamentem jednego z pokojów, w którym spaliśmy w Tbilisi był brak okna, co przy niespełna 30 stopniach w nocy stanowi spory problem….

Jeden z naszych uroczych pensjonacików
Podsumowując nasz 12 dniowy wyjazd, za bilety lotnicze, pociągowe, autobusowe, wszelkie zakupione pamiątki, a także pełne wyżywienie i noclegi zapłaciliśmy po 1300 zł. To chyba naprawdę niewiele, zaznaczając, że wcale się nie ograniczaliśmy.
A na koniec jeszcze autorka artykułu w gruzińskiej cerkwi 🙂