Hotele przy Zatoce Gdańskiej – Mercure Posejdon oraz Novotel Marina

Podczas naszego niedawnego pobytu w trójmieście postanowiliśmy przetestować dwa nieodległe od siebie hotele zlokalizowane na granicy Gdańska i Sopotu. Do Gdańska polecieliśmy linią Ryanair z Krakowa, co pozwala na szybki weekendowy wypad nad morze (loty idealnie wpasowują się w weekend piątek-niedziela, my zapłaciliśmy za bilety 29 zł za osobę w jedną stronę). Na kilka tygodniu przed planowaną podróżą pojawiła się promocja w sieci Accorhotels na noclegi ze śniadaniami za 1 zł w Trójmieście. Będąc kilkakrotnie wcześniej w tych okolicach wybieraliśmy noclegi w hotelu Mercure Gdynia. Zawsze byliśmy bardzo zadowoleni ze standardu w tym obiekcie. Tym razem postanowiliśmy jednak przetestować dwa inne *** hotele, które znajdują się bardzo blisko plaży w Jelitkowie. Poniższy wpis ma za zadanie porównać oba obiekty w trzech kategoriach: pokój, śniadanie oraz udogodnienia hotelu i obsługa.

Hotel Mercure Gdańsk Posejdon
Novotel Gdańsk Marina

Jeśli chodzi o ceny pobytów to udało nam się zarezerwować pokoje w następujących stawkach:

  • Mercure Gdańsk Posejdon – 189 zł za pokój dwuosobowy (MyRoom) ze śniadaniem
  • Novotel Gdańsk Marina – 171,50 zł za pokój dwuosobowy ze śniadaniem

Pokoje

Niestety od początku 2018 roku nasz status w LeClub Accorhotels spadł do poziomu Silver, czyli statusu, który nie pozwala na wiele benefitów (np na podniesienie standardu pokoju). Obecnie przerzucamy się bardziej na pokoje sieci Hilton, której program lojalnościowy oferuje więcej przywilejów. Niestety hoteli tej sieci jest w Polsce znacznie mniej, niż Accora. W obu hotelach zarezerwowaliśmy najtańsze pokoje, przy czym w Mercure w tej cenie mieliśmy możliwość zarezerwowania pokoju ze specjalnej kolekcji indywidualnie projektowanych i niepowtarzalnych pokoi MyRoom. W tym przypadku był to pokój piracki.

Piracki „MyRoom” w Mercure Posejdon

Sam pokój był bardzo ciekawy, znacznie inny od tych, do których jesteśmy przyzwyczajeni w hotelach. Ciekawymi elementami był kufer podróżny, beczka, czy globus. Czuć było także, że pokój był niedawno remontowany. Łazienka też była zadbana i dobrze wysprzątana. To na duży plus, szczególnie przy hotelach, które najmłodsze już nie są (ten Mercure został wybudowany w 1976 roku jako hotel Orbis). Pokój jest nawet dobrze wyciszony, co pozwala odpocząć i się dobrze wyspać na wygodnym łóżku. Pokój był przygotowany idealnie, z gładko pościelonym łóżkiem, co widać na powyższym zdjęciu. 🙂

Dla porównania w hotelu Novotel Gdańsk Marina w najniższej stawce udało nam się zarezerwować podstawowy pokój z sofą. Otrzymaliśmy pokój na pierwszym piętrze na przeciwko windy. Niestety winda była nieco słyszalna oraz w spokoju przeszkadzały też dzieci biegające po korytarzu.

Pokój w hotelu Novotel Gdańsk Marina

W naszym pokoju widoczny był ząb czasu, niektóre części wyposażenia nie działały tak jak powinny – np telefon w ogóle nie działał, kiedy próbowaliśmy się skontaktować z recepcją. Łóżko było wygodne, jednak nie było zaścielone tak idealnie, jak w hotelu Mercure (porównaj zdjęcia;)), co nie sprawiało dobrego wrażenia po wejściu do pokoju.

Zaciek w wannie – hotel Novotel Gdańsk Marina

Łazienka była też w starym stylu – duży minus to wanna z dużym zaciekiem :(.

W kategorii pokoju zdecydowanie rywalizację wygrał Mercure.

Śniadanie

Kolejną kategorią, w której chcielibyśmy porównać oba hotele jest śniadanie. W obu obiektach skorzystaliśmy z bufetowego śniadania w restauracji. W weekendy możemy zjeść poranny posiłek od godz. 7:00 do 11:00 – tak jest chyba we wszystkich hotelach tej sieci.

Część sali śniadaniowej hotelu Mercure

Wybór dań śniadaniowych był bardzo zadowalający. Na plus duża ilość ryb, co powinno mieć miejsce w nadmorskim hotelu (bardzo ucieszyło to Kasię). Wszystkie dania były wysokiej jakości, do czego przyzwyczaiły nas hotele sieciowe. Wybór soków też był zadawalający, trafił nam się co prawda zepsuty sok z czarnej porzeczki, jednak po zwróceniu uwagi obsłudze od razu dostaliśmy na nasz stół cały dzbanek świeżego :).

Nasz talerz

Natomiast w hotelu Novotel sala śniadaniowa była dużo większa, bo sam hotel jest także dużo większy. W sobotni wieczór w tej samej sali organizowana była studniówka, która trwała ponoć do godziny 4:00, jednak obsłudze udało się szybko przywrócić jej normalny wygląd :).

Dekoracje studniówkowe podczas śniadania

Wybór dań na śniadaniu w Novotelu również był wystarczający, sporo ciepłych potraw, m.in. kaszanka. 😉 Po zabawie studniówkowej została także spora ilość słodyczy oraz tort. Wszystkiego mogliśmy spróbować przy śniadaniu (co bardzo ucieszyło Nikodema).

„Postudniówkowe” ciasta 😉

Przy porównaniu śniadań oba hotele wypadają bardzo dobrze i nie ma tutaj zdecydowanego laureata.

Udogodnienia hotelu i obsługa

W obu obiektach znajdują się także niewielkie centra odnowy biologicznej z basenem oraz sauną, które są bezpłatne dla gości hotelowych. To dodatkowo zmotywowało nas do wyboru właśnie tych hoteli.  Niestety oba centra są także dostępne dla gości z zewnątrz, co powoduje często spory tłum. W sobotni poranek, kiedy chcieliśmy wybrać się na basen w hotelu Mercure odbywał się akurat zajęcia z Aqua Fitnessu i był na tyle duży ruch, że z tej aktywności zrezygnowaliśmy. W niedzielę natomiast udaliśmy się do saun hotelu Novotel, gdzie było też co prawda sporo osób, ale nie przeszkadzało to aż nadto w wypoczynku. W środku było kilka saun: sucha oraz na podczerwień. Osobno była także sauna sucha nielateksowa. Kilka minut spędziliśmy także na basanie, jednak kąpało się w nim bardzo dużo osób.

Obsługa w obu hotelach była w większości bardzo miła. Jedyny wyjątek stanowiła Pani, która meldowała nas w Novotelu. Gdy zapytaliśmy o możliwość wymeldowania w niedzielę do godz. 17:00 stwierdziła, że taką możliwość mają jedynie rodziny z dziećmi (prawda jest taka, że w niedzielę taka opcja jest darmowa we wszystkich Novotelach). Gdy zapytaliśmy w niedzielę rano inną osobę pracującą na recepcji o taką możliwość – nie było żadnego problemu.

W obu hotelach otrzymaliśmy także vouchery na dwa darmowe drinki w hotelowych barach (przywilej statusu Silver w LeClub Accorhotels).

Podsumowanie

Ogólnie polecamy te dwa hotele wszystkim, którzy chcą spędzić miły czas w spokojniejszej części Gdańska. Na piękną plażę jest tylko kilka kroków, a nią można spokojnie dojść w niecałe pół godziny do centrum Sopotu. Jest to też dobre miejsce dla rodzin z dziećmi (dwójka dzieci do 16 lat śpi za darmo w pokoju rodziców lub dziadków ze śniadaniem gratis). Z tych dwóch hoteli sami wybralibyśmy hotel Mercure na naszą następną podróż. 🙂

Strona hotelu Mercure Gdańsk Posejdon

Strona hotelu Novotel Gdańsk Marina

Plaża w okolicach obu hoteli

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

W poprzednich wpisach wspominaliśmy o wszechobecnych w Gruzji krówkach. Zanim jeszcze dotarliśmy do Batumi, po drodze nie raz spotkaliśmy te oto zwierzęta korzystające z  „wolności” i biegające nawet pomiędzy torami kolejowymi.  Po kilku godzinach dotarliśmy do tego nadmorskiego kurortu. Jest to miejsce zupełnie inne niż cała Gruzja. Jeśli ktoś lubi miejski, nowoczesny klimat europejskich miast, z pewnością odnajdzie się w Batumi. Według nas warto odwiedzić to miejsce, choćby ze względu na bliskość morza. Warto wynająć miejsce noclegowe nieco dalej od centrum miasta, co zapewni spokój, a wciąż tanio i szybko do niego wrócimy.
Krowa w Batumi, wybrała się na spacer po torach kolejowych
Droga do Batumi, które widać na drugim planie
Kilka fotografii z Batumi: 
Pociąg pod koniec biegu porusza się nad samym morzem, widoki są na prawdę przepiękne. Przez chwilę widać nawet ogród botaniczny, którego w końcu nie udało się nam odwiedzić. A szkoda, ponieważ słyszeliśmy, że można tam trafić na naprawdę piękne okazy… 😉

Po zostawieniu bagaży w hostelu udaliśmy się od razu na obiad oraz na plażę. Znaleźliśmy świetną restaurację, z pięknie zaaranżowanym ogrodem. Ceny jak na jakość śmiesznie niskie. Posiłki – jak w całej Gruzji pyszne. Naszła mnie właśnie myśl, że może właśnie to umocniło moją miłość do Gruzji… przez tą kuchnię. Jestem strasznym łasuchem, więc obcowanie każdego dnia z wieloma pysznościami miało na to istotny wpływ. Aż się boję co będzie, kiedy w końcu odwiedzę Włochy 😉

Nikodem też chyba zadowolony z posiłku 😉 chociaż może to to wino…
 

Plaże w Gruzji są głównie kamieniste dlatego przydadzą się porządne klapki, a najlepiej buty z grubszą podeszwą. Niedogodności te wynagradza jednak czysta i ciepła woda. Niestety  w Morzu Czarnym podczas tego wyjazdu kąpaliśmy się jeszcze tylko dwa razy. W zasadzie mieszkaliśmy w wiosce obok najsłynniejszej nadmorskiej miejscowości. Może właśnie z tego powodu tak rzadko bywaliśmy tam na plaży. Wbrew temu co można sądzić w Batumi naprawdę można w ciekawy sposób spędzić czas. W zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie – wykwintne restauracje, ekskluzywne hotele przy samej plaży, kluby, w których grywają sławni DJ’e. Chyba jedyne miasto w całym kraju, w którym tak intensywnie toczy się nocne życie.

W Batumi nowoczesne kształty mieszają się z zabytkową architekturą, pośród pięknych kamieniczek wznoszone są wielkie, oszklone hotele. Nad brzegiem morza rozciąga się piękna promenada, przy niej, jak w Polsce, mnóstwo sklepikarzy oferujących tandetne pamiątki. Można by rzec – Europa. Jednak, czy w Europie, prawie w samym centrum mogłaby się znajdować fontanna, z której każdego dnia o godzinie 16:00 wypływa bimber? Takie rzeczy tylko w Gruzji. To tam będziemy mieli okazję zupełnie za darmo skosztować tradycyjnej gruzińskiej 70% wódki. Z chacha fountain leje się ona „bez limitu” przez 5 minut, wystarczy tylko podstawić kubeczek.

Niko zadowolony… zaraz przecież poleci wódeczka 😉

Odchodząc od całego zgiełku napotkamy kolejne „tańczące fontanny”, miejsca relaksu, w których można na świeżym powietrzu zagrać w bilard, czy tenisa stołowego. Znajdziemy także piękny niewielki budynek zbudowany z drewna, jest to odbudowany teatr. Wieczorem jest on pięknie podświetlony i robi na prawdę piękne wrażenie.

O tej porze polecamy wybrać się na Piazza Square. Nie trzeba wiele o tym mówić, zdjęcia zobrazują wszystko… Piękne, romantyczne miejsce, w którym każdego wieczora można usłyszeć muzykę na żywo. W otoczeniu malowniczych kamieniczek, pięknych posadzek i rozgwieżdżonego nieba można w tym miejscu utknąć wiele godzin sącząc pyszną kawę.

Kolejnego dnia wjechaliśmy na wzgórze kolejką, skądinąd bardzo popularną w Gruzji. Tak popularną w tym miejscu, że oczekiwanie na dostanie się do wagonika wynosiło godzinę. Koszt biletu w dwie strony to 5 zł. Osobom z problemami lokomocyjnymi polecam w trakcie przejazdu zamknąć oczy i liczyć do dwustu. Widok na szczycie wynagrodzi nam wszystkie wcześniejsze dolegliwości. Panorama miasta szczególnie po zachodzie słońca robi imponujące wrażenie. Na dodatek natrafiliśmy na koncert muzyki gruzińskiej w wykonaniu zespołu składającego się z młodych chłopaków grających na tradycyjnych instrumentach. To zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Prawdę mówiąc zasłyszane tam utwory słuchamy do dziś 😉

Abstrahując od wszystkiego co dane nam było zobaczyć w tym nadmorskim kurorcie muszę napisać o czymś najważniejszym. Otóż nie jestem zwolenniczką fast-food’ów, czy innych wysoce przetworzonych produktów. A raczej nie byłam… Do momentu kiedy idąc od Piazzy nie natrafiliśmy na budkę, w której sprzedawano kebaby. Zapach był oszałamiający. Pan bardzo sprawnie przygotowywał spore porcje, więc zamówiliśmy dla nas po jednej. I był to strzał w dziesiątkę. Pyszny placek, soczyste, pachnące mięso i mnóstwo świeżych warzyw. Wszystko oczywiście na koniec podgrzane. Zupełna odmiana od tego co czeka nas w Polsce. Nawet nie przeszkodziły mi papryczki chilli znajdujące się w kebabie. I choć od tego czasu próbowałam kilku tych dań w Polsce, żaden jeszcze nawet w 1/3 nie przypominał tego, którego jedliśmy w Batumi.

Po tylu przyjemnościach coś musiało pójść nie tak… otóż zepsuła się pogoda, do tego stopnia, że zmuszeni byliśmy skrócić nasz pobyt w Batumi. Jednak… nie przewidzieliśmy, że zainteresowanie biletami kolejowymi jest tak duże, i że na najbliższe trzy dni wszystkie miejsca są wyprzedane. I tu zapala się czerwone światełko, by swoją podróż planować wcześniej. Przynajmniej o te 4 dni 😉 Z tego powodu zmuszeni byliśmy wybrać inny środek transportu. Obawialiśmy się podróży marszrutą,wcześniej wspominałam o stylu jazdy gruzińskich kierowców. Wiedząc, że większość drogi stanowią skąpane między górami serpentyny zależało nam na jeździe pociągiem… ale… Tak więc udało nam się kupić bilety w, jak się nam wydawało, dużym klimatyzowanym autokarze. O umówionej godzinie podjechał…. mały busik, który zapakowany został podróżnikami i ich bagażami po brzegi. W trakcie prawie 5 godzinnej podróży 10 razy myślałam, że zginiemy. Później po prostu zamknęłam oczy. Chcę byście sobie tego oszczędzili – pilnujcie więc biletów na pociąg. Jedzie się krócej, bezpieczniej i bardziej komfortowo.

Do Tbilisi dotarliśmy nocą, w nieznaną nam część miasta. Bez dokładnej mapy i dostępu do internetu było nam ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek znanego punktu. Po czasie i kilu próbach podróży różnymi autobusami dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Zamówiliśmy taksówkę pod znany nam adres – hostelu, w którym nocowaliśmy już wcześniej (Tbilisi Classic Hotel, który bardzo serdecznie polecamy). Mimo, że zbliżała się północ, przyjęto nas tam z otwartymi ramionami. Wyspaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na ostatni już spacer po ukochanej, gruzińskiej stolicy… Odwiedziliśmy muzeum instrumentów (pan zna świetnie język polski więc o wszystkim nam opowie), ponownie udaliśmy się wąskimi uliczkami do twierdzy, następnie zjechaliśmy do parku i krążyliśmy znanymi nam trasami nie chcąc wracać…

Przepiękne kolorowe gruzińskie klimaty
Siarkowe łaźnie oraz widok na część miasta
Boczne, lecz również klimatyczne uliczki
Pożegnaliśmy się ze wspaniałym krajem, pełnym serdecznych i uśmiechniętych ludzi chętnych do ciągłej zabawy, krainy wyśmienitej kuchni i wspaniałego wina, gościnności i życzliwości. Piękną, malowniczą krainą, którą z pewnością jeszcze nie raz uda nam się odwiedzić…

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

Wróciliśmy do Tbilisi, by odwiedzić kolejną bardzo ważną w całej Gruzji, i nie tylko, świątynię. Sobór Trójcy Świętej jest jedną z największych świątyń prawosławnych na świecie. Niestety nie mogliśmy dostać się do środka, ponieważ trwało nabożeństwo, a ja nie miałam ze sobą niczego by okryć nogi i ramiona… Myśleliśmy, że może innym razem się uda, ale wiadomo jak to jest z takimi następnymi razami 😉 To jednak w niczym nam nie przeszkodziło. Usiedliśmy na ławce pod Świątynią i tak…. spędziliśmy ponad dwie godziny. Jakoś nas ten widok zaczarował. I może to dobrze, ponieważ widok zachodzącego słońca i skąpanego w jego blasku budowli zrobił na nas niezwykłe wrażenie…

Do hostelu poszliśmy okrężną drogą, co również pozwoliło odkryć urokliwe miejsca Tbilisi.

Mieliśmy okazję widzieć Urząd Miasta – kolejny budynek zaaranżowany w bardzo nowoczesnym stylu. (Na zdjęciu w tle;) )

Kolejnego dnia udaliśmy się na stare miasto. Krążyliśmy uliczkami, przesiadywaliśmy w restauracjach. Kuchnia gruzińska to poezja… Jest bardzo prosta ale niezwykle pyszna. Chaczapuri w różnych wersjach (podstawowa z serem, oraz Adżaruli z jajkiem – obie wyśmienite), kinkali – czyli sakiewki z różnym nadzieniem (bardziej fantazyjna wersja pierogów) z różnymi farszami do wyboru – mięsnymi, serowymi, czy warzywnymi. Szaszłyki, pieczone mięsa, bakłażany, pyszne sałatki, jest tego mnóstwo… I wszystko wyjątkowe i przepyszne. Jeśli do tego dołożymy lampkę domowego wina, mamy przepis na wyśmienity wieczór. W jednej z odchodzących od starego miasta uliczek napotkamy zegar przy teatrze lalek. O godzinie 12 i 16 na wieży zegara otwierały się drzwiczki i mięliśmy okazję obejrzeć krótką historyjkę skłaniającą do refleksji 😉

Przy tej całej egzotyce postanowiliśmy trochę odpocząć w miejscu, które uznawane jest za gruzińską Toskanię. Jest to Signagi – niewielkie miasteczko położone wśród wzgórz na wschodzie kraju. Wszystko tam jest zachwycające i wyjątkowe. Wąskie, brukowane uliczki, piękne kamienice. Wszystko stwarza niesamowitą aurę… A kiedy przychodzi wieczór…. Na prawdę dałabym wiele, by móc się teraz tam znaleźć… 😉

W Signagi wynajeliśmy pokój w przytulnym hostelu z pięknym widokiem z balkonu. Miasteczko jest niewielkie więc myśleliśmy, że od razu uda nam się zobaczyć wszystko. Niestety aura w południe była dość męcząca. Bylo bardzo gorąco, duszno i trudno było w ogóle funkcjonować. Jako, że mimo tego doskwierał nam ogromny głód poszliśmy na obiad, do którego oboje wypiliśmy po zimnym piwie. Wróciliśmy do hotelu by przetrwać największy upał i dopiero pod koniec dnia wyruszyliśmy na długi spacer.Przeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz, obchodząc wszystkie piękne uliczki, chłonąc roztaczające się wokół malownicze widoki. Może nie będziemy dużo pisać- zdjęcia oddają więcej.

Widok z balkonu naszego hostelu
Wszędzie ta pyszna lemoniada!

Warto poświęcić pół dnia by w udać się do Monasteru Bodbe w rejonie Kachetii.. Myśleliśmy, że znajduje się on w odległości 2 kilometrów, jednak idąc w 30 stopniowym upale droga jakby się znacznie wydłużyła. Po dotarci na miejsce zobaczyć można kompleks świątyń. W Monasterze św. Jerzego znajdują się szczątki św. Nino, która jest apostołką i patronką Gruzji. Obecnie pobliski klasztor wciąż jest zamieszkiwany przez zakonnice, które znajdują się tamtejszymi terenami i zabytkami – dwoma świątyniami. Niewielka, w której znajdują się szczątki świętej podczas naszej wizyty podlegała renowacji. Na jej murach znajdują się przepiękne malowidła. Druga, znacznie większa również jest remontowana. Po ich zobaczeniu można udać się do źródła św. Nino, z którego wydobywa się woda o uzdrawiającej mocy. Jednak widząc liczną grupę turystów zmierzających w tamtym kierunku zrezygnowaliśmy z tego punktu naszego planu. Jako, że czas odjazdu marszrutki do Tbilisi się zbliżał, po kawie i lemoniadzie w kawiarni w pobliżu Monastyru, udaliśmy się w drogę powrotną do Signagi. Idąc na wzgórze, na początku naszej wędrówki nie raz słyszeliśmy szelesty w otaczających lasach. Bałam się, że to żmije, o których wiele czytaliśmy wcześniej, ponoć niebezpieczne dla ludzi. W drodze powrotnej obawy nasze się rozwiały, ponieważ wszelkie szelesty i trzaski powodowały małe cielaczki, które swobodnie teraz spacerowały sobie wzdłuż drogi.

W zasadzie w całej Gruzji nie raz mięliśmy okazję spotkać się z biegającymi po drodze krowami 😉

Z „gruzińskiej Toskanii” dotarliśmy do stolicy. W niej spędziliśmy jeszcze porę obiadową w jednej z ciekawszych restauracji serwujących lokalną kuchnię. W niewielkiej cenie można zjeść tam wszystkie dania, z których słynie Gruzja. Po posiłku ruszyliśmy na dworzec, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Batumi…