Egzotyczne Maroko, cz.1.

Naszą podróż odbyliśmy w ubiegłym roku na przełomie maja i czerwca (31.05-3.06). Udało nam się wcześniej zdobyć niedrogie bilety w cenie 296 zł z Berlina do Marrakeszu. Wykorzystaliśmy ten fakt by zwiedzić Berlin i zakupiliśmy bilety na Polskiego Busa na 30 maja. Kosztowały jak się nie mylę po dwadzieścia kilka złotych od osoby. Jeśli chodzi o powrót z Berlina do Polski, to skorzystaliśmy z usług przewoźnika Simple Express. Koszt przejazdu również nie przekroczył 50 zł dla dwóch osób. Może nie będę dziś pisać na temat stolicy Niemiec. Jeśli chodzi o wrażenia- mamy mieszane odczucia. Chociaż czasu spędziliśmy bardzo niewiele i nie możemy powiedzieć, że zaliczyliśmy wszystko co było do zobaczenia to mamy już jakiś pogląd na temat tego miasta. Na pewno nie jest to miejsce do którego bardzo chcemy wrócić. Przede wszystkim – jest dość drogo. Poruszaliśmy się U-bahn, a przejazd jednorazowy kosztował nas po 2,6 Euro. Nie pamiętam w końcu czy kupiliśmy bilet całodniowy czy korzystaliśmy z jednorazowych…. Wtrącę tylko, że cena całodniowego biletu wynosi 6,70 euro. Bilet CityTourCard, przy której zyskujemy zniżki na inne miejskie atrakcje to koszt 17 euro na 48 godzin. Co jednak na prawdę miłe – biletomaty obsługiwane są w języku polskim 🙂

Berlin
Wracając do Maroka…

Po przylocie na miejsce uderzyło nas gorące powietrze. I dziwny… spokój. Prawdę mówiąc kraje arabskie kojarzone są z gwarem, nieustannym hałasem, krzykami, trąbiącymi na siebie na wzajem pojazdami, a tu…. po prostu cisza. W zasadzie zainteresowało się nami tylko kilku taksówkarzy, ale odmówiliśmy im. Wiadomo, że w każdym państwie taksówki tuż pod terminalem, czy pod dworcem są znacznie droższe niż w każdym innym miejscu. Skorzystaliśmy z autobusu miejskiego, który kosztował ok. 1,70 zł za osobę. Takie ceny obowiązują na terenie całego Marrakeszu. W miarę oddalania się od portu lotniczego mięliśmy okazję przekonać się jak błędne było nasze pierwsze spostrzeżenie… Maroko tętni życiem. W centrum widać to najbardziej, a w miarę oddalania się od niego cały ten „chaos” ustaje. Okna naszego busa były pootwierane co doceniliśmy wtedy, gdy z niego wysiedliśmy. Było tak bardzo gorąco, że miało się wrażenie, że za chwilę zabraknie nam tlenu. Był to czerwiec, strach więc myśleć, jak sytuacja ma się w sierpniu 😉

Marokańska ulica

Wysiedliśmy przy placu Dżemaa el Fna. Był to taki nasz punkt orientacyjny. W zasadzie w Marrakeszu wszystkie ulice są do siebie bardzo podobne. Marrakesz to miasto, które od świtu do zmierzchu tętni życiem. Sklepiki, stoiska z różnymi towarami czy inne przydrożne biznesy zamykane są dopiero późną nocą. Jednak mimo to z ulic dobiegają głośne krzyki i śmiechy mieszkańców. Rankiem na nowo pojawiają się handlarze, samochody i inne środki transportu. Do nich należy między innymi… osioł czy koń. Dość dziwne było patrzeć jak pośród szalonych kierowców poruszają się bryczki konne czy osiołki. Ponadto arabscy kierowcy są, hmmm typowi, dla krajów które odwiedzamy. Ich sposobem komunikacji jest klakson. Skręcam- trąbię, hamuję- trąbię, wyprzedzam- trąbię, itd. Kolejnym problemem jest totalne lekceważenie sygnalizacji świetlnej. Początkowo, z pewną dozą nieśmiałości próbowaliśmy przejść przez jezdnię na zielonym świetle. Jednak, jako, że życie nam miłe i chcielibyśmy zdążyć w nim odwiedzić wiele innych pięknych miejsc zrezygnowaliśmy. Przechodziliśmy przez jezdnię jak tubylcy – po prostu pewnie przed siebie 😀 Trzeba przyznać, że skutkowało. Do hotelu mieliśmy długą drogę. Kiedy dotarliśmy byliśmy mile zaskoczeni. Pokój urządzony był w stylu marokańskim, z kolorowym wnętrzem pełnym lokalnych akcentów. Udało nam się go zarezerwować w cenie 15 zł od osoby ze śniadaniem. A jeśli o nie chodzi – było zabawne, tradycyjna bułka, zupełnie inna od popularnych w Polsce, ciężka, pełna otrąb, jak się nie mylę z mąki żytniej, jajko na twardo, dżem i miód oraz kawa, herbata i szklanka świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy.

Jak na pokój za 15 zł od osoby to całkiem nieźle 🙂
Śniadanie w cenie

Doskwierający od rana upał powodował, że apetyt szybko malał, jednak chłodny, słodki sok pomarańczowy to idealne rozpoczęcie dnia. Jeśli mowa o sokach – początkowo nie miałam zaufania do ulicznych sprzedawców żywności czy soków. Jednak kiedy raz się czegoś spróbuje, wówczas trudno przestać. Tym sposobem wypiłam niepoliczalną ilość świeżego skoku z pomarańczy i jadłam pyszne tajin (przygotowywane w specjalnym naczyniu: kuskus z warzywami i mięsem). Szklanka soku kosztowała w granicach 0,80 zł do 1,50 zł (w zależności od miejsca i objętości), Posiłki jedliśmy w różnych miejscach. O czym za chwilę.

Uliczne stoiska ze świeżo wyciskanymi sokami

Po przejściu sporego kilometrażu do hotelu i z hotelu do miasta już czułam, że coś jest nie tak… Nie piłam wody z kranu, żadnych napojów z lodem, ani innych napojów niewadomego pochodzenia. Mimo to, było mi bardzo niedobrze, duszno i słabo. Myśleliśmy, że może to z głodu, bo od rana nic nie jadłam, a był już wieczór. Najbliższym miejscem, w którym można było spożyć posiłek była PizzaHut. Jesteśmy przecież w Afryce, jak tu nie zjeść pizzy! 😉 Zamówiliśmy jakąś niedużą pizze i kolę. Na niestrawności pomaga, podobno.

Marokańska Pizza Hut

Zapach jedzenia jednak był dla mnie nie do zniesienia i  Nikodem szybko musiał zjeść swój obiad, po czym wróciliśmy do hotelu. Tak wyglądał nasz pierwszy dzień w Maroko. Na wegetacji i dochodzeniu do siebie. Jak się bowiem nie raz okazało jestem osobą, która po starciu z obcym klimatem i mikroflorą panującą w innym miejscu bardzo cierpi. 😉 Suche, otrębowe bułki jednak działały. Kolejny dzień rozpoczęłam właśnie od nich i tak trwałam przez cały dzień, pomogło 😉

Tego dnia postanowiliśmy odwiedzić to, co proponują przewodniki i na co wystarczy nam czasu. A jego było przecież tak niewiele… Po dotarciu do centrum wyruszyliśmy przed siebie. Krążyliśmy różnymi uliczkami, poznawaliśmy miasto i jego mieszkańców.
 Wyruszyliśmy wgłąb medyny i chyba to nie było dobrym pomysłem… 😉 Kiedy myślicie o tamtejszej ludności to co przychodzi Wam pierwsze na myśl? Nam obecnie – ich „przedsiębiorczość”. Jednak o tym – w następnym poście.
Meczet i medresa Alego ibn Jusufa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *