Gili Air – wyspa marzeń na wyciągnięcie ręki

 

Planując naszą podróż do Indonezji nie chcieliśmy się skupiać na samym Bali. Wręcz przeciwnie – szukaliśmy pewnego rodzaju enklawy, która pozwoli nam odkryć ten kraj z jak najlepszej strony. Nie od dziś wiadomo, że myśląc o Indonezji przed oczami pojawia się nam obraz bezkresnych plaż, rozłożystych palm, błękitu oceanu… O Bali czytaliśmy wiele pozytywnych opinii, jednak często pojawiał się pośród nich obraz zatłoczonego, pełnego gwaru turystycznego miejsca. Nie do końca tego szukaliśmy…

Gili Air to jedna spośród trzech bliskich sobie wysepek oferujących zupełnie różny sposób spędzania wolnego czasu. Gili Trawagan – to wyspa pełna zgiełku,  klubów, barów, całonocnych imprez. Gili Meno oferuje zupełny spokój. Mieści się na niej niewiele punktów noclegowych oraz restauracji. Gili Air jest zupełnie pomiędzy tym wszystkim – można na niej odpocząć samotnie spacerując po plaży, ale także zjeść pyszną kolację przy zachodzie słońca, czy rozkoszować się świeżo wyciskanym sokiem słuchając muzyki na żywo w pobliskiej knajpie. Zatem – Gili Air to nasz raj na ziemi…

Jak się tam dostać?

Naszą podróż rozpoczęliśmy lotem na Lombok z lotniska na Jawie. Zazwyczaj podróż rozpoczyna się na Bali – zatem podamy Wam ceny między Bali a Lombokiem. Ceny lotów rozpoczynają się od 100 zł za osobę w dwie strony.  Warto śledzić promocje Air Asia, czy Garuda Indosesia, wówczas ceny mogą obniżyć się do nawet 50 zł.  Oczywiście odległość tą można pokonać także promem miejskim czy szybką łódką. Koszt podróży szybką łódką to 65$ w jedną stronę… [link] Najtańszą opcją jest prom publiczny – podróż wyniesie nas ok. 15 zł za osobę w jedną stronę [link]. Należy się jednak nastawić na dość długą podróż, a nawet sam czas oczekiwania na start. W Indonezji czeka się bowiem na całkowite wypełnienie każdego środka transportu… a to potrafi trwać kilka godzin.

Odległość z Jawy na Lombok pokonaliśmy w powietrzu

 

Z Jawy tak naprawdę jedyną sensowną opcją jest lot samolotem. Można przepłynąć z Jawy na Bali [transport publiczną łódką – 6000IDR, ok. 2 zł, za osobę w jedną stronę, czas podróży ok. 40 min], a następnie wybrać jedną z powyższych opcji. Zajmie to jednak naprawdę sporo czasu, który możemy przeznaczyć choćby na kąpiele słoneczne po dotarciu do celu 😉 Ale jeśli chcemy zaoszczędzić 100 zł, ponieważ mamy do dyspozycji sporo czasu na miejscu to polecamy podróż transportem publicznym.

Lotnisko Surabaya, na którym nocowaliśmy w hotelu ibis budget

Przewoźnicy lotniczy oferują loty z Surabai (jedno z lotnisk na Jawie)  na Lombok w bardzo dobrych cenach. Z Surabai dolecimy za ok. 150 zł za osobę w dwie strony (Lion Air). Z Yogyakarty na Lombok bilety potrafią kosztować min. 500 zł za osobę, stąd warto wybrać inne lotnisko i zaoszczędzić nawet 70% ceny. Warto sprawdzać różne kombinację i wybrać najkorzystniejszą.

Opcje dojazdu z lotniska na Lombok do Mataram (miasto w pobliżu portu):

  • taksówką – 2h – 200 000IDR (54 zł)
  • autobusem do miasta Mataram transportem publicznym o nazwie Damri – 15000IDR (~4 zł)

 

Dojazd z Mataram do  portu Bangsal :

  • taksówką – 1h- 100 000 IDR
  • Bemo – lokalne busiki krążące po mieście dowiozą nas do portu Bangsal za 10 000 IDR (2,4zł)
Miejski środek transportu – Bemo
Widok na budynek portu od strony plaży, gdzie oczekuje się na łódkę
Znajdź tonącą łódkę… czyli wpływ otoczenia na emocje towarzyszące nam przed podróżą… 😀

Z Lomboku na Gili Air jedyną słuszną opcją jest transport publiczny. Płyniemy 15 minut za 2 zł (8000IDR). Przeżycia są niezapomniane zatem warto korzystać. Oczywiście czekamy aż łódka napełni się po brzegi pasażerami i towarem, który jest dostarczany na wyspę. Wygląda to wszystko tak jak na zdjęciu poniżej.

W Indonezji nie obowiązują żadne standardy bezpieczeństwa… 😉
Tak, te kury też płynęły z nami…. 😀

Na wyspach działa wiele prywatnych biur podróży oferujących usługi transportu na wiele wysp. Poniżej oferta jednego z nich działających na Gili Air.

Transport po wyspie

Do poruszania się na wyspie wystarczą własne nogi. Wyspę można obejść w 90 minut. Istnieje także możliwość wynajmu roweru za 30-50 000 IDR (8-13 zł) za dzień. Niektóre hotele oferują także możliwość darmowego korzystania z roweru podczas pobytu. Po Gili Air można poruszać się rikszą bądź konno. My zdaliśmy się na własne nogi i było to najlepsze rozwiązanie.

 

Gdzie nocować? 

Opcje noclegu są bardzo różne – od domków na plaży po 5* resorty. Warto wcześniej zarezerwować nocleg, ponieważ ze względu na rozmiary wyspy możliwości jest niewiele, zatem szybko się wyczerpują. Oczywiście pomocne w tym będzie booking.com.

Nelly Homestay – minusem był jedynie słaby zasięg wi-fi, ale to ogólny problem na wyspie. Poza tym bardzo polecamy ten obiekt 🙂 Wybraliśmy bungalow typu standard za 100 zł/noc ze śniadaniem: https://www.booking.com/hotel/id/nelly-homestay.pl.html?aid=304142;label=gen173nr-1FCAEoggJCAlhYSDNiBW5vcmVmaLYBiAEBmAEewgEKd2luZG93cyAxMMgBD9gBAegBAfgBDJICAXmoAgM;sid=43aa0268950efffa3584cbd336f43455

Kiedy jechać? 

W zasadzie cały rok temperaturowo będzie nam przyjazny. W okresie od listopada do marca w Indonezji jest pora deszczowa, co dla wyspy o tak małej powierzchni jest dość kłopotliwe. My byliśmy w drugiej połowie września i ten okres był idealny.

Co jeść? 

Wszystko. Jedzenie jest przepyszne, jak w całej Indonezji. Ceny na wyspie nieznacznie odbiegają od cen na Lomboku. Poniżej zdjęcia menu z restauracji przy samej plaży. Na Gili najlepiej zamawiać potrawy na bazie ryb i owoców morza (jest ich tam pod dostatkiem) oraz koktajle z owoców. Sprzedawcy kuszą też różnego rodzaju grzybkami i marihuaną…. Co kto lubi 😉

Mie Goreng i sok z cytryn – podstawowe wyżywienie na Gili

 

Jak spędzać wolny czas? 

Spacery, kąpiele słoneczne, pływanie w oceanie, snoorkling, nurkowanie na większych głębokościach, joga na plaży, wieczorki taneczne… tu nie brakuje opcji aktywnego spędzania czasu. Wystarczy przejść główną ulicą (jest jedna więc się nie zgubicie 😉 ) i zadecydować.

To właśnie główna ulica Gili Air

Wieczorem, podczas odpływu, warto zwrócić uwagę na to, co znajduje się pod cienką taflą wody. Próbowałam snoorklingu na niedużych głębokościach, spotkałam wiele pięknych gatunków wielobarwnych ryb, jednak gdybym najpierw zobaczyła to co na zdjęciach poniżej, to już chyba nie byłabym taka odważna… Ten wielki kolczasty wąż miał ponad 2 metry… Prawdę mówiąc świat rafy wywiera ogromne wrażenie.

To słodki pyszczek uroczego „wężą” z pierwszego zdjęcia…

Uwaga! Zabronione jest wywożenie jakichkolwiek elementów rafy koralowej!

Port na wyspie Gili Air

Mniej niż 2500 zł za dwa tygodnie wypoczynku na Phuket (Tajlandia) – w cenie loty i hotel

Witamy Was serdecznie,

Nasz dzisiejszy post ma za zadanie przekonać Was, że podróżowanie bez biur podróży jest dużo bardziej opłacalne (o czym zawsze Wam przypominamy ;-)). Opiszemy to na przykładzie typowo wypoczynkowego wyjazdu na wyspę Phuket w Tajlandii.

Pierwszym krokiem, który musimy wykonać, aby odpoczywać na takich rajskich plażach jest rezerwacja biletu lotniczego. W tym celu polecamy stronę skyscanner.pl – pomoże ona wyszukać nam najtańsze połączenie w interesującym nas terminie. Na przykładowy termin 9-23 sierpnia udało nam się znaleźć loty z Warszawy do Phuket za 1941 zł od osoby:

Dużym plusem w tym przypadku jest linia lotnicza, która wykonuje to połączenie, czyli Qatar Airways – jedna z lepszych linii na świecie. Ciekawostką jest, że podczas dłuższej (ponad 6-godzinnej) przesiadki, która będzie nas czekała podczas lotu możemy zapisać się na bezpłatną wycieczkę po stolicy Kataru – Doha. Co ważne dostajemy także wizę, która normalnie jest płatna. Wycieczka odbywa się autokarem wraz z angielskojęzycznym przewodnikiem i jest organizowana kilkukrotnie w ciągu dnia.

Kolejnym krokiem jest zarezerwowanie interesującego nas noclegu. Tutaj wybór jest bardzo duży, uzależniony od naszych preferencji oraz zasobności portfela ;). Wiele propozycji noclegów znajdziemy na stronie Booking.com. Przykładowo jeden ze znalezionych przez nas obiektów – trzy gwiazdkowy hotel (Rattana Residence Sakdidet) kosztujący 922 zł za pokój na 14 dni (461 zł za osobę):

 Sumując wydatki całkowity koszt dwutygodniowego wyjazdu do rajskiej Tajlandii wyniesie 2402 zł od osoby (4804 zł za dwie osoby) . Do tego musimy doliczyć jeszcze transport z lotniska. Tutaj mamy bardzo wiele opcji takich jak autobusy, tuk-tuki, czy taksówki. Jednak nawet przejazd taksówką jest bardzo tani i na pewno całkowita cena nie przekroczy 2500 zł za osobę. To wszystko zaoferuje nam biuro podróży za kilkukrotnie większą sumę. Dodatkowe wydatki osobiste na miejscu oraz koszty wyżywienia przy wycieczce z biura i tak musimy ponieść.

Jeżeli ten hotel Wam nie odpowiada to zapraszamy na stronę Accorhotels.com – francuskiej sieci hotelarskiej, która na Phuket ma bardzo duży wybór hoteli.
Z ciekawszych obiektów, jakie udało nam się znaleźć:
4* Novotel Phuket Surin Beach Resort za 3149 zł (pokój 2-osobowy) – niecałe 1575 zł za osobę. W cenie mamy codzienne śniadania, a obiekt jest położony w spokojnej części wyspy niedaleko plaży.

Dodatkowo na miejscu znajduje się świetny basen

Jeżeli wybierzemy ten hotel cały wyjazd wyniesie nas 3515 zł od osoby.

Możemy także skorzystać z bardzo luksusowej opcji i wybrać butikowy
5* Avista Hideaway Phuket Patong, MGallery by Sofitel

Tutaj za pokój dwuosobowy zapłacimy już 5746 zł za cały pobyt ze śniadaniami, co daje 2873 zł za osobę. 

Cały wyjazd wyniesie wtedy 4814 zł za osobę. To już dość dużo, jednak ceny wyjazdów z biurami podróży na Phuket zaczynają się właśnie od takich kwot i to z noclegami w dużo słabszych hotelach. Dlatego dla porównania chcieliśmy pokazać Wam taką właśnie luksusową opcję za względnie nieduże pieniądze.

Zbliżają się wakacje, więc może ktoś z Was zdecyduje się właśnie na taki wyjazd. 🙂 Wszystko oczywiście można dowolnie modyfikować i dostosowywać pod swoje oczekiwania. Na miejscu nie musimy oczywiście cały czas siedzieć w hotelu, czy na plaży. Tajlandia oferuje wiele ciekawych miejsc do odkrycia. Jeżeli macie jakieś pytania lub uwagi – śmiało piszcie do nas. Mamy nadzieję, że udaje nam się Was trochę zainspirować tanimi wyjazdami. 🙂

 

Zatoka Ha Long – jak poczuć jej klimat za „grosze”

W tym przypadku sformułowanie „za grosze” jest jak najbardziej uzasadnione. Zatoka Ha Long, która wpisana została na listę UNESCO jest absolutnym „must have” podróżowania po Wietnamie. I choć z wielu źródeł docierała do nas informacja, że miejsce to zatraciło swój pierwotny charakter, że stało się po prostu nad wyraz turystyczne, brudne, zatłoczone i po prostu niewarte uwagi – postanowiliśmy to zweryfikować.

Pierwszym pomysłem, jaki przyszedł nam do głowy było zarezerwowanie wycieczki bezpośrednio w Wietnamie. Wyczytaliśmy, że istnieje możliwość rejsu łodzią po zatoce za ok 80$ do 100$ za osobę z transportem z Hanoi do Ha Long. To jedna ze standardowych cen wycieczek zawierających nocleg na statku, wyżywienie oraz atrakcje takie jak wynajem kajaków czy lekcje gotowania. W zasadzie plan wycieczek różnych biur podróży jest taki sam, a przynajmniej bardzo zbliżony – odbiór z hotelu w Hanoi,  zakwaterowanie na łodzi, wypłynięcie „w głąb” zatoki, zwiedzanie jednej z jaskiń, lekcje gotowania, tai-chi (dwie ostatnie są często dodatkowo płatne), a następnego dnia powrót do portu. I wszystko byłoby ok, gdyby nie wiele z początku niezauważalnych szczegółów. Wycieczki w swojej cenie zazwyczaj zawierają wyżywienie, ale już niestety nie ma do posiłków darmowych napojów. Wiele dodatkowych atrakcji trwa zaledwie kilka minut, a cała reszta dnia po prostu polega na leżakowaniu w upale na zatłoczonym tarasie. Co chyba jest największym minusem tego rodzaju podróży… płacimy sporo pieniędzy za to, by przez godzinę płynąć wśród wielu innych wycieczek rdzewiejącą łodzią (nie mającą nic wspólnego z tą widniejącą w katalogu) pomiędzy pięknymi wyspami i wysepkami skalnymi, a po tym czasie po prostu stanąć… i już. To właśnie z tą uwagą spotkaliśmy się najczęściej. I ona właśnie nas odstraszyła. A w zasadzie nie sam fakt postoju, tylko jego charakter – pośród dziesiątek innych łodzi, pośród śmieci i zapachu spalin… Nie, to z pewnością nie to…

Postanowiliśmy sprawdzić czy internet oferuje może jakieś alternatywne wycieczki, które wniosą więcej do tego co oferują nam na miejscu. Niestety, nie było żadnej różnicy. Booking czy inne podobne strony za minimum 700 zł za dwie osoby oferują nam taki sam plan jak opisany powyżej. Ba! Nawet trafia się limitowana klimatyzacja w pokoju (przy 40 stopniach?!), czy nawet dodatkowe opłaty za wodę mineralną. To już zdecydowanie za dużo…

Czy istnieje zatem rozsądne wyjście z tej sytuacji?

Dla nas tak. I bardzo byliśmy zadowoleni z naszego pomysłu, który kosztował nas maksymalnie 380 zł za transport z Hanoi do Ha Long, podróż promem po zatoce, nocleg na jednej z wysp, a następnie podróż wodolotem do Hai Phong (stamtąd mieliśmy samolot do Da Nang). Oczywiście w cenę wliczamy też wszystko to co wydaliśmy na obiady, kolacje i napoje na miejscu.

Jak zacząć? Polecamy najpierw znaleźć miejsce noclegowe na jednej z wysp. My wybraliśmy Cat Ba. Nie ukrywamy, że zabraliśmy się dość późno za organizowanie czegokolwiek i ilość obiektów była już mocno ograniczona. Wybraliśmy jako punkt docelowy Cat Ba Beach Resort. Wynajęliśmy najtańszy bungalow, który obecnie nie jest już dostępny, a kosztował nieco ponad 200 zł za noc. Obecnie dostępne są już wyższej klasy domki za 280 zł. Może to i dużo, ale pamiętajmy wciąż o cenie rejsów zorganizowanych. Oczywiście opcji niskobudżetowych jest znacznie więcej. Planując swój wyjazd nieco wcześniej będzie możliwość wyboru tańszego miejsca. Odpowiadają Wam hostele? Możecie spać już za 23 zł za pokój – klik! Opcji jest sporo.

Z Hanoi do Ha Long dojechaliśmy autobusem za 120 tys. VND (ok. 19 zł za osobę). Prawie 170 km mieliśmy pokonać w 3 godziny. Niestety, drogi w Wietnamie, ilość nieplanowanych postojów czy wypadków na drodze jest tak duża, że czas wydłużył się o kolejne 3 godziny i nocą dotarliśmy na miejsce. Na szczęście mieliśmy zarezerwowany nocleg w Ha Long…

Autobus jadący do Ha Long odjeżdża z dworca Nha Hang

Rankiem udaliśmy się na prom przewożący lokalną ludność na wyspę Cat Ba. Koszt biletu to 70,000 VND czyli ok 7 zł. Prom wyruszył o określonej godzinie i sprawnie poruszał się wąskimi korytarzami pomiędzy wyspami.

Nasz prom płynący z Ha Long do Cat Ba

 

Było to naprawdę wspaniałe przeżycie… Rejs trwał około półtorej godziny. Początkowo obawialiśmy się jak przy chorobie morskiej uda się przetrwać ten czas, ale tu kolejny plus dla takiej organizacji wyprawy – w ogóle nie da się odczuć tego, że poruszamy się po wodzie. Przez ten cały czas mijaliśmy maleńkie i dość spore skalne wyspy, widzieliśmy żyjących na pływających platformach, łodziach ludzi (całe rodziny, żyjące z psami na przestrzeni kilku metrów kwadratowych…). Nie widzieliśmy za to żadnych statków pełnych turystów, śmieci czy czegokolwiek co zakłócało by odbiór tego przepięknego miejsca. Byliśmy my (oraz kilkoro innych turystów), zatoka, palące słońce, wiatr i wszechobecny spokój.

Po dotarciu do portu na Cat Ba należy skorzystać z lokalnego busa, który dowiezie nas do centrum wyspy. Przejazd trwa ok 20 minut i kosztuje 20 tys VND czyli jakieś 3 zł. Z centrum ok 30 minut szliśmy do naszego resortu. W tym upale, z plecakami było to dość irytujące ale warte zachodu, ponieważ miejsce w którym resort się znajduje jest przepiękne… z resztą sami zobaczcie….

Widok na resort
Niestety, telefon nie udźwignął piękna krajobrazu 😉

Na miejscu istniała możliwość skorzystania z kajaków (godzina). Polecamy bardzo ponieważ można na spokojnie zwiedzić okolicę wyspy. Jeśli ktoś nie boi się daleko płynąć w za dużej kamizelce ratunkowej na dmuchanym kajaku 😀

Ponadto w cenę pokoju wliczone było także śniadanie i bilet wstępu do fortu, którego nie mogliśmy wykorzystać ze względu na ograniczony czas pobytu.

Bungalow, w którym mieszkaliśmy.

Raz jeszcze – miejsce urocze, totalnie świetnie położone, plaża do własnej dyspozycji, ceny w restauracji takie jak w innych wietnamskich miastach. Niestety nasz pobyt był bardzo krótki… Zdecydowanie za krótki i mamy nadzieję naprawić ten błąd przy następnej wizycie. Hotel oferował darmowy transport do centrum wyspy, skąd odpływały łodzie i wodoloty do Hajfong. Wybraliśmy opcję szybkiego transferu wodolotem (ok. 1,5 h) za 160 tys VND (ok. 30 zł) za osobę.

Centrum Cat Ba

Podsumowując…

  • transport Hanoi Ha Long 40 zł
  • transport promem na wyspę 14 zł
  • transport wgłąb wyspy 6 zł
  • nocleg  200 zł (w cenie śniadanie, drink powitalny, bilet do fortu – oszczędność 80tysVND/2 os., kajaki i rowery do wypożyczenia)
  • wyżywienie 60 zł
  • transport do Hai Phong 60 zł (podobnie do opcji powrotu do Hanoi)

Łącznie 380 zł za dwie osoby.

Wycieczki zorganizowane kosztują minumum 800 zł bez dodatkowych kosztów, które zmuszeni jesteśmy ponieść jak napoje, dodatkowe atrakcje, podatki itp.

Zaoszczędziliśmy zatem ponad 400 zł! Jeśli wcześniej znajdziecie nocleg z pewnością uda się jeszcze obniżyć koszty. Ale przede wszystkim… przy takiej organizacji można w taki sposób, w jaki chcemy cieszyć się pięknem cudu natury jakim jest zatoka Ha Long.  Bo jest to wspaniałe miejsce, wbrew wszystkim opiniom!

Spróbujcie naszego sposobu, z pewnością Wam się spodoba i nie zrujnuje budżetu!

Wietnam – informacje praktyczne

Wietnam… Jaka jest pierwsza Wasza myśl związana z tym krajem? Kiedy postanowiliśmy polecieć do tego kraju i opowiedzieliśmy o tym naszym bliskim widzieliśmy zdziwienie i pewną niepewność w ich oczach. Podróż poślubna w Wietnamie?! Na takie „wydarzenie” bardziej pasowała by jakaś Dominikana, Majorka, Las Vegas, Palmas czy inne Gran Canarie. A my tu jakiś Wietnam… Koniec Świata prawie!
Nikt poza nami nie był zadowolony. Po pierwsze, podróż poślubna miała miejsce w czasie, kiedy to powinniśmy być zajęci pracą (znalezieniem jej i aktywną realizacją powierzonych zadań). Pracy nie mamy do tej pory (ehh, ten przekorny los!) a wyjazd wspominamy wspaniale. Po drugie, jak wspomniałam wyżej, było to związane z samym faktem wyboru takiej destynacji. Wietnam to kraj, który kojarzy się bezpośrednio z wojną. Miała ona miejsce wcale nie tak dawno, ponieważ są miejsca, w których jej ślady są wciąż widoczne. Do tej pory zabrania się przemierzania dżungli bez przewodnika, ze względu na zagrożenie wybuchem min. Amerykanie nie mają w tym kraju łatwo. Poza tym, są miejsca, w których turysta jest wciąż dziwnym zjawiskiem. Nawet bardzo dziwnym, szczególnie, gdy jest dwumetrowy. Choć śmiałości do robienia sobie z owym dziwadłem zdjęć, tubylcy nie mają, jak miało to miejsce w Indonezji. Generalnie Indonezja to kraj znacznie bardziej turystyczny i łatwiejszy do podróżowania. Przede wszystkim jeśli chodzi o porozumiewanie się z mieszkańcami. W Wietnamie po angielsku można się „dogadać” w hotelach i kawiarniach czy barach, jednak tylko sieciówkowych. Częściej przyda nam się język migowy.
Jednak zanim przyjdzie nam się o cokolwiek wykłócić czy wyprosić, wypadało by się w miarę sprawnie do tego kraju dostać.

Naszą podróż poślubną zaczęliśmy planować w marcu. Jest to bardzo dobry czas, ponieważ linie lotnicze oferują wówczas ciekawe promocje. Jak co roku trwa istna „bitwa” o pasażera linii Qatar Airways oraz Emirates Airline Dobrze, że owa rywalizacja ma miejsce, gdyż mamy możliwość naprawdę bardzo szerokiego wyboru miejsc docelowych. Początkowo myśleliśmy o Indonezji, w której się zakochałam, ale z drugiej strony ciągnęło nas do nowego. W Tajlandii odstraszała nas pora deszczowa, która we wrześniu panuje w tym rejonie. Podobnie sytuacja wygląda na Filipinach. Został nam zatem Wietnam, który dodatkowo był najtańszy. Wybór był oczywisty.

Samolot
Lot z Warszawy do Hanoi przez Dohę i Bangkok kosztował nas 1399 zł za osobę w dwie strony. Podróż trwała niespełna 18 godzin, łącznie z przesiadkami. Samolot, którym lecieliśmy oferował system rozrywki, co znacząco umilało podróż. Nikodem zakochał się w kamerkach umieszczonych na ogonie, podwoziu i czole samolotu, z których obraz można było na bieżąco śledzić na ekranie. Musiał on widzieć więcej niż ja, ponieważ był zafascynowany tym przez całą, ponad 6-cio godzinną drogę z Bangkoku. Mi znudziło się po kilku minutach… Wolałam przyłożyć głowę do poduszki i spać. Linie lotnicze zapewniają na czas trwania podróży pakiet, w którego skład wchodzą poduszka, koc oraz dodatkowe akcesoria (szczoteczka, zatyczki do uszu, skarpetki, itp.). Ponadto całkiem przyzwoite wyżywienie i darmowe napoje (bez- oraz alkoholowe).
Po kraju poruszaliśmy się również drogą powietrzną. Jakże inaczej – zawsze lubimy być ponad chmurami 😉 Korzystaliśmy z usług narodowego przewoźnika, jakim jest Vietnam Airlines. Do przebycia mieliśmy ponad 800 km (Hoi Ann – Danang). Podróż autobusem czy pociągiem była tańsza, jednak przy krótkim czasie, jakim dysponowaliśmy skorzystanie z tego rodzaju środków transportu byłoby ryzykowne. Lot w dwie strony kosztował nas około 150 zł za osobę. Autokar na tej trasie kosztuje niewiele mniej, jednak czas dotarcia na miejsce jest znacznie krótszy.
Na rynku Wietnamskich przelotów funkcjonuje także VietJet Airlines. Ceny są niskie, jednak należy doliczyć do nich cenę za bagaż, przez co nie wybieraliśmy ich usług. Z dużym plecakiem cena przewyższała ofertę lokalnego przewoźnika.

Autobusy
Mięliśmy też okazję na własnej skórze przekonać się jak działa rynek usług naziemnych. Ze stolicy do słynnej zatoki Ha Long postanowiliśmy pojechać autobusem. Bilet nie był drogi, ponieważ ok. 130 km pokonaliśmy za ok 20 zł. Nie jest źle. Przewidywany czas przejazdu – 3 godziny. Ok, jest to do zaakceptowania. Jak na tamtejsze warunki…. Jak bardzo cieszyliśmy się, że nie mieliśmy niczego zaplanowanego tego dnia… podróż trwała ponad 6 godzin!!
Należy pamiętać, że w krajach azjatyckich zmierzch zapada dość szybko. W Wietnamie prawie punktualnie o 18 robi się ciemno. Choć to dziwne, po 17 wciąż jest pięknie i słonecznie, jednak chwilę później jest po prostu ciemno. I niezbyt przyjemnie, ponieważ poza centrami miast nie ma ulicznego oświetlenia, a chodniki w ogóle nie istnieją.
Do dworca autobusowego w stolicy (obsługującego dalsze trasy) dostaliśmy się autobusem podmiejskim. Koszt przejazdu to 1,5 tys VND za osobę (ok. 30 groszy przy obecnym kursie równym 0,00018). Przejazd autobusem z lotniska do centrum to już kwota 4 tys VND, czyli niespełna 80 groszy… Ceny komunikacji miejskiej są stałe- niezależne od narodowości 😉 dlatego są tak niskie. Ceny za przejazd komunikacją miejską są widoczne na szybach pojazdów. Komunikacja miejska, którą jest w stanie ogarnąć turysta funkcjonuje tylko w stolicy.

W Danang oraz Halong podjęliśmy próbę poruszania się tym rodzajem transportu. Niestety, informacje o trasach i numerach interesujących nas busów, które znaleźliśmy w internecie w ogóle się nam nie przydały. Busy często zmieniają trasę. Po angielsku nie mówi nikt, więc nikt nam nie wytłumaczy przyczyny oraz miejsca nowego postoju. Za to taksówkarze wytłumaczą nam wszystko. Nie wiem jak oni to robią, ale ostatecznie zawsze przekonują nas, że nie mamy innego wyjścia i wybieramy ich usługi…

Taxi
Między miastami położonymi w niewielkiej odległości od siebie poruszaliśmy się taksówkami. Chyba, że odległość była większa niż 25 km, wówczas decydowaliśmy się na autobusy. W zasadzie, taka sytuacja była jednorazowa i wspomniana powyżej. Poza tym zdawaliśmy się na taxi. W Wietnamie im mniejsza taksówka tym niższy koszt przejazdu, dlatego też nie należy się poddawać i pozostawać przy swoim wybranym samochodzie, bo inni kierowcy, z większych aut, będą nas przekonywać, że to małe nas na pewno nie dowiezie… 😉 Cena początkowa jak i za każdy kilometr jest różna i zależy także od miasta. W stolicy taki rodzaj przemieszczania się był tańszy, niż w pozostałych miastach, które odwiedziliśmy. Za to w pozostałych miastach nie mięliśmy innego wyjścia. Dokładnych cen za przejazd nie pamiętamy, przyznajemy się, jednak mniej więcej ceny zbliżone są do tych w Polsce. Największym plusem taksówek jest klimatyzacja. To w tak gorących krajach naprawdę cudowny wynalazek.

Taxi zdjęcia nie mamy – tu widoczne na drugim planie. Niemniej jednak na pierwszy rzut oka wiać, jaki rodzaj transportu zdominował wietnamskie drogi.. 😉

Żywność – ceny
Po pierwsze, należy ustalić na czym nam zależy. Czy chcemy po prostu napełnić puste brzuszki i uciekać, czy delektować się jedzeniem i atmosferą i chwilę odpocząć. Jeśli to pierwsze, to można zdecydować się na uliczne jedzenie, bądź niewielkie budki odwiedzane przez lokalnych. Prawdę powiedziawszy… nas zapachy odstraszały. Naczytaliśmy się, że jedzenie w takich przybytkach jest najlepsze, że najsmaczniejsze i najtańsze. Jednak, co zrobić jeśli po prostu zapach stwarza barierę nie do przekroczenia? My nie oszczędzaliśmy aż tak bardzo i zdecydowaliśmy się na miejsca ciut bardziej wyglądające na restauracje. Nie ukrywamy, że często stołowaliśmy się w hotelach. Szczególnie po zmianach miejsc pobytu – w niektórych miejscach trudno było znaleźć otwarty po 18 bar. Więcej co i gdzie napiszemy przy omawianiu poszczególnych, odwiedzonych przez nas miast. Ceny są różne. Bardzo tanie są wszelkiej maści napoje w restauracjach. Piwo lokalne jest tanie, importowane droższe. Najtańsze jest to „pędzone” przez mieszkańców. Z wybieranych przez nas potraw większość stanowił ryż/makaron z kurczakiem/wołowiną/krewetkami. Ceny drobiu, wołowiny i owoców morza nie różnią się od siebie znacząco. Zazwyczaj ryż czy makaron kosztował nas od 100 do 140 tys. VND, czyli od 18 do 25 złotych. Zatem wcale nie tak tanio. Musimy się jednak liczyć z faktem, że jeśli nie mówimy po wietnamsku, to trudno nam będzie znaleźć coś w niskiej cenie. Generalnie 50 zł to cena za obiad dla dwóch osób (dwa posiłki plus dwa napoje).
O cenach noclegów będziemy pisać na bieżąco przy omawianych przez nas miastach.

Kiedy pojechać
Wietnam można podzielić na północny i południowy. My odwiedziliśmy ten północny, w którym od kwietnia do października trwa pora sucha, innymi słowy lato. Mówi się też, że w Wietnamie północnym pory roku odpowiadają znanym nam. W górach panuje czasami temperatura bliska 0. Ale musielibyśmy wejść bardzo wysoko by poczuć chłód 😉 W tym kraju znacznie częściej spotkamy się z tropikalnymi warunkami. Choć my byliśmy tam w połowie września i już zaczęły pojawiać się dni deszczowe w stolicy. W Danang, który znajduje się w połowie tego kraju również panowała przyjemna pogoda. W dniu przylotu spotkaliśmy się z ogromną ulewą, która trwała do następnego dnia. Później jednak towarzyszyło nam już bezchmurne niebo i słońce. Temperatura, która panowała w Wietnamie to około 30 kilku do 40 stopni. Wilgotność, która panuje w tym kraju jest jednak na tyle wysoka, że temperatury te odczuwa się znacznie dotkliwiej. Wręcz niekiedy męcząco… Czasami ma się wrażenie, że trudno złapać powietrze. Wietnam południowy dzieli się na porę suchą i deszczową i są one wymienne z tymi w części północnej.

Co zabrać i o czym pamiętać?

Na pewno należy zabrać kilka przewiewnych i oddychających koszulek. Przyda się coś, co zakryje nam ramiona i głowę. Choć słońce często chowa się za chmurami, to nie znaczy, że nie zrobi nam krzywdy. Wystarczy spojrzeć na mieszkańców – oni zawsze pamiętają o ochronie przed słońcem nosząc obszerne kapelusze. Dziwił nas widok kobiet poruszających się na motorach ubranych w kombinezony chroniący prawie każdy centymetr ciała. Po czasie zrozumieliśmy jednak jak ważna jest ochrona skóry przed słońcem. Jeśli ma się je na co dzień- szkoda wydawać fortunę na kremy z filtrem.

Poza tym coś ciepłego (bluza, polar, sweterek) przyda się nam na podróże samolotem czy czas koczowania na lotnisku, gdzie działa klimatyzacja. Mały plecak, który będziemy ze sobą zabierać na wyprawy zarówno w mieście jak i gdzieś dalej, a w nim – płaszcze foliowe przeciwdeszczowe- koniecznie, bardzo przydatne, woda mineralna pod ręką również. Przy wysokiej wilgotności nie odczuwa się pragnienia, a w tak wysokich temperaturach szybko można się odwodnić. Spray na komary opłaca się kupić na miejscu. Myśmy mięli jeszcze zapas z Indonezji. Żel antybakteryjny w Wietnamie na pewno się sprawdzi. Jeśli chodzi o apteczkę – przydadzą się z pewnością wapno (kilka razy coś mnie ukąsiło i sprawdziło się idealnie), środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe zawsze zabieramy ze sobą (aspiryna i ibuprom), podobnie jak coś na gardło, na problemy żołądkowe i lokomocyjne, plastry i wodę utlenioną w żelu. Chyba nic innego co jest konieczne na ten moment nie przychodzi mi do głowy.
Szczepienia, które wykonaliśmy na wyjazd do Indonezji są wciąż aktualne. Polecamy zatem zaszczepić się na WZW A, tężec, błonicę, oraz dur brzuszny.
Aby móc podróżować po Wietnamie konieczna jest aktualna wiza. My dwa tygodnie przed wylotem postaraliśmy się o promesę wizową. W internecie łatwo jest znaleźć biura specjalizujące się w pośrednictwie, które zrobią za nas prawie całą robotę. Wystarczy skan paszportu i wpłata ok. 70 zł. Z promesą wizową, którą otrzymujemy z powyższego biura lecimy do Wietnamu. Tam na lotnisku musimy ubiegać się w specjalnym okienku o wizę. Kilka minut i już pełnoprawnie możemy przebywać na terytorium kraju. Sama wiza to koszt 25$.
Mamy nadzieję, że powyższe informację są dla Was przydatne. Być może kolejne posty również zachęcą Was do podróży do tego niezwykłego kraju.

Indonezja – jak, gdzie, kiedy?

Obiecywaliśmy Wam, że opowiemy o naszej podróży do Indonezji. Dziś jest ku temu świetny moment – kiedy na dworze taki mróz, że nie chce się nam wyjść z domu może bardziej zmotywujemy Was do zaplanowania podróży w tak gorący rejon świata. Zatem dziś o tym, jak łatwo dostać się tam samolotem w bardzo ciekawej cenie, kiedy warto pojechać w to piękne miejsce oraz jakie rejony kraju są ciekawe. Podpowiemy Wam w jaki warto poruszać się pomiędzy wyspami, oraz kiedy najlepiej planować wyprawę.

Podróż można zaplanować już teraz. Jeśli chcemy odbyć ją w wakacje, wiele linii oferuje już przeloty w całkiem korzystnych cenach. Ostatnio pojawiły się loty do Dżakarty z Budapesztu w ceni 379 euro od osoby, czyli za 1641 zł, liniami Air China. Nasz lot swój początek miał w Pradze a kończył się w Denpasar. Koszt naszej podróży to niespełna 1500 zł, odbywał się liniami British Airways, więc oferta była cenowo całkiem podobna. Jeżeli chodzi o propozycję linii Air China musimy jakoś dostać się do Budapesztu. Dotrzemy tam autobusami PolskiBus, które oferują przejazdy już od 1 zł, o czym kiedyś pisaliśmy.

Generalnie najlepszą porą, by odwiedzić Indonezję jest… cały rok 😉 Pora deszczowa przypada właśnie na naszą zimę. Okres ten kojarzy się nam z codziennymi, ciągłymi opadami, choć tak na prawdę deszcz pada ulewnie przez dwie godziny i na tym się kończy.I wcale nie mamy z nim do czynienia każdego dnia. Za to mamy wówczas pewną piękną, ciepłą pogodę. Choć upał w tym kraju nie odpuszcza nigdy. Najniższe temperatury to ok. 30 stopni, gdzie przy tak nagrzanej ziemi odczuwa się jakby były o co najmniej pięć stopni wyższe. Ale chyba nie można na to narzekać, gdy wokół towarzyszą nam przepiękne widoki (szczególnie urokliwe są małe wyspy i cudowne plaże) oraz na prawdę wspaniali i WCIĄŻ UŚMIECHNIĘCI ludzie. Oni na prawdę wciąż się uśmiechają, a co najważniejsze szczerze. Dlatego, podobno, nie bolą ich mięśnie twarzy 😉 Są pomocni i wspaniali. Przebili w tym nawet Gruzinów, co może dziwić, ale o tym w kolejnym poście. Teraz skupimy się na tym, jak tam dotrzeć, o czym chwilę temu już ciut wspomnieliśmy.
W nadchodzące wakacje LOT wraz z Rainbow Tours otwiera połączenia do Denpasar bezpośrednio z Polski. Lot będzie odbywać się co dwa tygodnie z lotniska Chopina w Warszawie. To z pewnością ciekawa opcja ponieważ możemy pominąć wizytę w Dżakarcie, która wg. opinii wielu podróżników, jest nieciekawa. Naszym zdaniem samo Bali jest warte uwagi, jednak poza nim jest mnóstwo ciekawych miejsc, które wręcz trzeba odwiedzić, dlatego na podróż do Indonezji trzeba poświęcić dużo czasu. My byliśmy 16 dni i było to o 16 za mało…

Pobyt w Indonezji rozpoczęliśmy w Kucie (jest to kurort na Bali). O ile słowo kurort kojarzy się nam z Sopotem, Kołobrzegiem czy Mielnem, w Kucie ma ono odniesienie głównie na zatłoczonych ulicach czy w restauracjach. Poza tym plaże były prawie puste… Było to na prawdę dziwne, zważając na naszą polską tradycję „bookowania” sobie miejsc na plaży parawanem. Jak widać na Bali żaden przysłowiowy „Janusz” nie dotarł… 😉 (jeszcze), W Kucie już byliśmy bardzo pozytywnie zdziwieni cenami. Podróbki okularów znanej marki w ilości sztuk dwóch to 14 zł. O ile na początku kawa za 4 zł była dla nas świetną ofertą, o tyle pod koniec podróży 2 zł wydawało nam się zbyt wiele. Tak to jest, że człowiek się za bardzo przestawia. Bo kończąc podróż na Lomboku na prawdę trudno było nam uwierzyć, że może być aż tak tanio. Dokładne ceny wszystkiego pojawią się w zupełnie odrębnym poście. W kucie nocowaliśmy w IbisStyles za 120 zł/2 osoby za dwie noce ze śniadaniem. Śniadanie… to jest bardzo ciekawe jak ono wygląda w różnych miejscach świata. Gdy zeszliśmy na śniadanie myśleliśmy, że zaspaliśmy i trafiliśmy na obiad. Trzy rodzaje ryżu, trzy rodzaje kurczaka i zupy. I tak wyglądały nasze śniadania przez dwa tygodnie. To było z pewnością najtrudniejsze z czym przyszło nam się zmierzyć w tym kraju.

Kolejnym miejscem na mapie było Ubud. I to było jedno z piękniejszych miejsc w Indonezji. Nocowaliśmy w PajarHouse , który ogromnie polecamy. Luksus 5 gwiazdkowego hotelu w cenie hostelu w Poznaniu. Nie, nie, to były ceny porównywalne do tych w górskich schroniskach ze zniżką PTTK. W tym hotelu otrzymujemy wszystko – drinki kiedy chcemy, pyszne śniadania, obsługę na każde nasze zawołanie – dosłownie, ponieważ każdemu z gości przysługuje prywatny telefon komórkowy, którym możemy wezwać obsługę. A do tego zawsze uśmiech każdego wokoło. Aaa i hotel oferuje transport do centrum za darmo do godziny 22. Poza tym spacery wokół również były wspaniałą przygodą, ponieważ mięliśmy styczność z prawdziwą balijską wsią. Mimo widocznej biedy każdy z tych ludzi jest szczęśliwy i oczywiście uśmiechnięty od ucha do ucha,. Bez względu na stan uzębienia. W Ubud, a dokładniej w okolicy, obowiązkowe do zobaczenia są tarasy ryżowe. Naszą radą jest wynajęcie skutera. Piesza wędrówka na 8 kilometrowej trasie w jedną stronę w 40 stopniowym upale bez powiewu wiatru i krzty wody … nie, nie tego nie polecamy. Wiemy, to nieodpowiedzialne, ale google wskazywało 1,5 km 😉 Ubud jest kolebką artystów i rzemieślników. Warto na prawdę zainwestować w tamtejszą sztukę ponieważ jest wyjątkowa i na prawdę wspaniała. I tania, a to nietypowe dla sztuki, Ceny znacznie niższe niż w balijskich kurortach.

Następnie przyszedł czas na Jogjakartę na wyspie Jawa. Tam znajdują się wspaniałe świątynie wpisane na UNESCO – Barabudur i Prambanan (o których opowiemy w innym poście). Jogjakarta to miasto, którym dominuje islam. Warto więc, szczególnie w przypadku kobiet zwrócić uwagę na ubiór, by nie czuć się skrępowaną i okazać szacunek. W Jogjakarcie nocowaliśmy w Novotelu. Ze względu na kartę członkowską w sieci Accor, którą posiada Nikodem mieliśmy świetne warunki za niską cenę – 80 zł za nocleg dla dwóch osób ze śniadaniem. Jeśli o samo miasto chodzi – jest jedynym spośród miejsc w Indonezji, które odwiedziliśmy, w których funkcjonuje lokalny transport w postaci busików miejskich. Cena biletu to niecała złotówka za osobę. Należy jednak pamiętać, że autobusy kursują tylko w jedną stronę. Do świątyń wstęp także jest płatny (10 dolarów ulgowy (zniżka z kartą ISIC – nie może to być normalna legitymacja studencka), 20 normalny, jednak z pewnością warto tyle wydać) i pamiętajcie! Koniecznie miejcie gotówkę, w naszym przypadku nie udało się zapłacić kartą.

Kolejnym punktem naszej wyprawy była wyspa Gili Air. Istny raj dla wielbicieli spokoju i zapierających dech plaż. Piękne miejsce, w którym plażę mamy często na wyłączność. Ceny wszystkiego bardzo niskie. Pamiętajcie tylko żeby noclegi rezerwować znacznie wcześniej, ponieważ wciąż miejsc noclegowych jest tam niewiele. Wcześniej mamy też możliwość znaleźć nocleg w niskiej cenie. Na wyspie Gili nasz nocleg był najdroższy, 260 zł za trzy noce dla dwóch osób ze śniadaniem. Nocowaliśmy w Nelly Homestay , było to jedno z ostatnich miejsc z klimatyzacją (konieczna opcja w Indonezji) oraz blisko plaży. Bardzo przyjemne miejsce. Jadaliśmy w barze tuż przy plaży średnio za 10 zł za obiad od osoby (posiłek i sok). Generalnie jak wszędzie. Gili Air jest przewspaniałym miejscem. Dla mnie – najpiękniejszym, jakie dotąd widziałam. Ważne by pamiętać o butach do pływania, ponieważ rafa koralowa występuje tuż przy brzegu, a plaża jest pełna jej odłamków i lekko kamienista.

Ostatnim punktem podróży był Lombok i miasto Mataram (kolejny duży „kurort”). Niestety nie mieliśmy czasu by udać się w piękniejsze miejsca na tej wyspie i musieliśmy skupiać się na tych, do których szybko dotrzeć.Jednak Mataram okazało się świetnym miejscem. Piaszczyste i szerokie plaże i pełen spokój. Zero turystów, głównie mieszkańcy. Ceny śmiesznie niskie… Pyszne jedzenie (najlepsze podczas całego pobytu i najtańsze). Nocowaliśmy w Sunset House i jak dotychczas, nie zawiedliśmy się. Pobyt był świetny. Plaża tuż przy hotelu. Dwie noce ze śniadaniem to koszt 180 zł. Wysoki, ponieważ trochę zagapiliśmy się z rezerwacją… 😉

Pomiędzy wyspami polecamy poruszać się transportem lotniczym. Przy odpowiednio wczesnej rezerwacji cen są nieznacznie wyższe od np. kolejowego czy autokarowego. Ale największą zaletą jest to, że drogę, która autobusem musimy pokonać w 18 godzin samolotem przebywamy w jedną godzinę.
Dolecieliśmy na Bali do Denpasar. Hotel oferował nam transport z lotniska, więc po dolocie o 2 w nocy tamtejszego czasu nie mięliśmy przynajmniej problemu z poszukiwaniem taksówki. Spędziliśmy w Kucie dwie noce, a następnie udaliśmy się do Ubud. Wzięliśmy taksówkę za 120 tys. rupii czyli jakieś 35 zł za kurs, który trwał 1,5 godziny. Wydawało nam się to niezwykle dużo;)
W drogę powrotną z Ubud na lotnisko w Denpasar udaliśmy się z biurem, które oferowało przejazdy za 40 tys. rupii od osoby (11,50 zł od osoby). Do Jogjakarty lecieliśmy liniami GarudaIndonesia. Oprócz nich lataliśmy także Sriwijaya Air, z Jogjakarty na Lombok. Ceny biletów za osobę to średnio 100 zł za osobę. Z Lomboku na Gili Air dostaliśmy się publiczną łódką, która kosztowała ok. 5 zł za osobę. Płynie się 15 minut. Rejs powrotny jest tańszy – 3zł od osoby. Lot z Lomboku do Denpasar liniami Garuda Indonesia kosztował 120 zł od osoby. Każda podróż w powietrzu przebiegała bez problemu, zwykle na czas (poza ostatnim z lotów krajowych) a dodatkowym plusem był posiłek na pokładzie oraz prawie zawsze system indywidualnej rozrywki z dużą ilością indonezyjskiej muzyki. 😉

Jak widać planowanie wyprawy po Indonezji należy zacząć dość wcześnie. To od Was zależy czy będziecie podróżować na prawdę niskim kosztem (nocleg można dostać nawet za 10 zł od osoby! jednak w trudnych warunkach, można jeździć busami czy pociągami, jadać „na ulicy”) czy tak jak nasza podróż – dość ekskluzywna 😉 Wybierając tańszą opcję przeznaczcie na Waszą wyprawę znacznie więcej czasu. Dwa tygodnie z pewnością nie wystarczą.

Koszt naszego wyjazdu to 3000 zł za wszystko!! Łącznie z pamiątkami, noclegami, wszelkimi środkami transportu, wyżywieniem itd. Biuro podróży oferuje nam to samo… ah, nie! Tylko lot i noclegi ze śniadaniami i kilka wycieczek za ponad 8 tys złotych (termin jak nasz – we wrześniu – sami zobaczcie KLIK)

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

W poprzednich wpisach wspominaliśmy o wszechobecnych w Gruzji krówkach. Zanim jeszcze dotarliśmy do Batumi, po drodze nie raz spotkaliśmy te oto zwierzęta korzystające z  „wolności” i biegające nawet pomiędzy torami kolejowymi.  Po kilku godzinach dotarliśmy do tego nadmorskiego kurortu. Jest to miejsce zupełnie inne niż cała Gruzja. Jeśli ktoś lubi miejski, nowoczesny klimat europejskich miast, z pewnością odnajdzie się w Batumi. Według nas warto odwiedzić to miejsce, choćby ze względu na bliskość morza. Warto wynająć miejsce noclegowe nieco dalej od centrum miasta, co zapewni spokój, a wciąż tanio i szybko do niego wrócimy.
Krowa w Batumi, wybrała się na spacer po torach kolejowych
Droga do Batumi, które widać na drugim planie
Kilka fotografii z Batumi: 
Pociąg pod koniec biegu porusza się nad samym morzem, widoki są na prawdę przepiękne. Przez chwilę widać nawet ogród botaniczny, którego w końcu nie udało się nam odwiedzić. A szkoda, ponieważ słyszeliśmy, że można tam trafić na naprawdę piękne okazy… 😉

Po zostawieniu bagaży w hostelu udaliśmy się od razu na obiad oraz na plażę. Znaleźliśmy świetną restaurację, z pięknie zaaranżowanym ogrodem. Ceny jak na jakość śmiesznie niskie. Posiłki – jak w całej Gruzji pyszne. Naszła mnie właśnie myśl, że może właśnie to umocniło moją miłość do Gruzji… przez tą kuchnię. Jestem strasznym łasuchem, więc obcowanie każdego dnia z wieloma pysznościami miało na to istotny wpływ. Aż się boję co będzie, kiedy w końcu odwiedzę Włochy 😉

Nikodem też chyba zadowolony z posiłku 😉 chociaż może to to wino…
 

Plaże w Gruzji są głównie kamieniste dlatego przydadzą się porządne klapki, a najlepiej buty z grubszą podeszwą. Niedogodności te wynagradza jednak czysta i ciepła woda. Niestety  w Morzu Czarnym podczas tego wyjazdu kąpaliśmy się jeszcze tylko dwa razy. W zasadzie mieszkaliśmy w wiosce obok najsłynniejszej nadmorskiej miejscowości. Może właśnie z tego powodu tak rzadko bywaliśmy tam na plaży. Wbrew temu co można sądzić w Batumi naprawdę można w ciekawy sposób spędzić czas. W zasadzie każdy znajdzie coś dla siebie – wykwintne restauracje, ekskluzywne hotele przy samej plaży, kluby, w których grywają sławni DJ’e. Chyba jedyne miasto w całym kraju, w którym tak intensywnie toczy się nocne życie.

W Batumi nowoczesne kształty mieszają się z zabytkową architekturą, pośród pięknych kamieniczek wznoszone są wielkie, oszklone hotele. Nad brzegiem morza rozciąga się piękna promenada, przy niej, jak w Polsce, mnóstwo sklepikarzy oferujących tandetne pamiątki. Można by rzec – Europa. Jednak, czy w Europie, prawie w samym centrum mogłaby się znajdować fontanna, z której każdego dnia o godzinie 16:00 wypływa bimber? Takie rzeczy tylko w Gruzji. To tam będziemy mieli okazję zupełnie za darmo skosztować tradycyjnej gruzińskiej 70% wódki. Z chacha fountain leje się ona „bez limitu” przez 5 minut, wystarczy tylko podstawić kubeczek.

Niko zadowolony… zaraz przecież poleci wódeczka 😉

Odchodząc od całego zgiełku napotkamy kolejne „tańczące fontanny”, miejsca relaksu, w których można na świeżym powietrzu zagrać w bilard, czy tenisa stołowego. Znajdziemy także piękny niewielki budynek zbudowany z drewna, jest to odbudowany teatr. Wieczorem jest on pięknie podświetlony i robi na prawdę piękne wrażenie.

O tej porze polecamy wybrać się na Piazza Square. Nie trzeba wiele o tym mówić, zdjęcia zobrazują wszystko… Piękne, romantyczne miejsce, w którym każdego wieczora można usłyszeć muzykę na żywo. W otoczeniu malowniczych kamieniczek, pięknych posadzek i rozgwieżdżonego nieba można w tym miejscu utknąć wiele godzin sącząc pyszną kawę.

Kolejnego dnia wjechaliśmy na wzgórze kolejką, skądinąd bardzo popularną w Gruzji. Tak popularną w tym miejscu, że oczekiwanie na dostanie się do wagonika wynosiło godzinę. Koszt biletu w dwie strony to 5 zł. Osobom z problemami lokomocyjnymi polecam w trakcie przejazdu zamknąć oczy i liczyć do dwustu. Widok na szczycie wynagrodzi nam wszystkie wcześniejsze dolegliwości. Panorama miasta szczególnie po zachodzie słońca robi imponujące wrażenie. Na dodatek natrafiliśmy na koncert muzyki gruzińskiej w wykonaniu zespołu składającego się z młodych chłopaków grających na tradycyjnych instrumentach. To zrobiło na nas niesamowite wrażenie. Prawdę mówiąc zasłyszane tam utwory słuchamy do dziś 😉

Abstrahując od wszystkiego co dane nam było zobaczyć w tym nadmorskim kurorcie muszę napisać o czymś najważniejszym. Otóż nie jestem zwolenniczką fast-food’ów, czy innych wysoce przetworzonych produktów. A raczej nie byłam… Do momentu kiedy idąc od Piazzy nie natrafiliśmy na budkę, w której sprzedawano kebaby. Zapach był oszałamiający. Pan bardzo sprawnie przygotowywał spore porcje, więc zamówiliśmy dla nas po jednej. I był to strzał w dziesiątkę. Pyszny placek, soczyste, pachnące mięso i mnóstwo świeżych warzyw. Wszystko oczywiście na koniec podgrzane. Zupełna odmiana od tego co czeka nas w Polsce. Nawet nie przeszkodziły mi papryczki chilli znajdujące się w kebabie. I choć od tego czasu próbowałam kilku tych dań w Polsce, żaden jeszcze nawet w 1/3 nie przypominał tego, którego jedliśmy w Batumi.

Po tylu przyjemnościach coś musiało pójść nie tak… otóż zepsuła się pogoda, do tego stopnia, że zmuszeni byliśmy skrócić nasz pobyt w Batumi. Jednak… nie przewidzieliśmy, że zainteresowanie biletami kolejowymi jest tak duże, i że na najbliższe trzy dni wszystkie miejsca są wyprzedane. I tu zapala się czerwone światełko, by swoją podróż planować wcześniej. Przynajmniej o te 4 dni 😉 Z tego powodu zmuszeni byliśmy wybrać inny środek transportu. Obawialiśmy się podróży marszrutą,wcześniej wspominałam o stylu jazdy gruzińskich kierowców. Wiedząc, że większość drogi stanowią skąpane między górami serpentyny zależało nam na jeździe pociągiem… ale… Tak więc udało nam się kupić bilety w, jak się nam wydawało, dużym klimatyzowanym autokarze. O umówionej godzinie podjechał…. mały busik, który zapakowany został podróżnikami i ich bagażami po brzegi. W trakcie prawie 5 godzinnej podróży 10 razy myślałam, że zginiemy. Później po prostu zamknęłam oczy. Chcę byście sobie tego oszczędzili – pilnujcie więc biletów na pociąg. Jedzie się krócej, bezpieczniej i bardziej komfortowo.

Do Tbilisi dotarliśmy nocą, w nieznaną nam część miasta. Bez dokładnej mapy i dostępu do internetu było nam ciężko dotrzeć do jakiegokolwiek znanego punktu. Po czasie i kilu próbach podróży różnymi autobusami dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Zamówiliśmy taksówkę pod znany nam adres – hostelu, w którym nocowaliśmy już wcześniej (Tbilisi Classic Hotel, który bardzo serdecznie polecamy). Mimo, że zbliżała się północ, przyjęto nas tam z otwartymi ramionami. Wyspaliśmy się, zjedliśmy śniadanie i wyruszyliśmy na ostatni już spacer po ukochanej, gruzińskiej stolicy… Odwiedziliśmy muzeum instrumentów (pan zna świetnie język polski więc o wszystkim nam opowie), ponownie udaliśmy się wąskimi uliczkami do twierdzy, następnie zjechaliśmy do parku i krążyliśmy znanymi nam trasami nie chcąc wracać…

Przepiękne kolorowe gruzińskie klimaty
Siarkowe łaźnie oraz widok na część miasta
Boczne, lecz również klimatyczne uliczki
Pożegnaliśmy się ze wspaniałym krajem, pełnym serdecznych i uśmiechniętych ludzi chętnych do ciągłej zabawy, krainy wyśmienitej kuchni i wspaniałego wina, gościnności i życzliwości. Piękną, malowniczą krainą, którą z pewnością jeszcze nie raz uda nam się odwiedzić…

„Nasza” Gruzja- cz. 3.

Wróciliśmy do Tbilisi, by odwiedzić kolejną bardzo ważną w całej Gruzji, i nie tylko, świątynię. Sobór Trójcy Świętej jest jedną z największych świątyń prawosławnych na świecie. Niestety nie mogliśmy dostać się do środka, ponieważ trwało nabożeństwo, a ja nie miałam ze sobą niczego by okryć nogi i ramiona… Myśleliśmy, że może innym razem się uda, ale wiadomo jak to jest z takimi następnymi razami 😉 To jednak w niczym nam nie przeszkodziło. Usiedliśmy na ławce pod Świątynią i tak…. spędziliśmy ponad dwie godziny. Jakoś nas ten widok zaczarował. I może to dobrze, ponieważ widok zachodzącego słońca i skąpanego w jego blasku budowli zrobił na nas niezwykłe wrażenie…

Do hostelu poszliśmy okrężną drogą, co również pozwoliło odkryć urokliwe miejsca Tbilisi.

Mieliśmy okazję widzieć Urząd Miasta – kolejny budynek zaaranżowany w bardzo nowoczesnym stylu. (Na zdjęciu w tle;) )

Kolejnego dnia udaliśmy się na stare miasto. Krążyliśmy uliczkami, przesiadywaliśmy w restauracjach. Kuchnia gruzińska to poezja… Jest bardzo prosta ale niezwykle pyszna. Chaczapuri w różnych wersjach (podstawowa z serem, oraz Adżaruli z jajkiem – obie wyśmienite), kinkali – czyli sakiewki z różnym nadzieniem (bardziej fantazyjna wersja pierogów) z różnymi farszami do wyboru – mięsnymi, serowymi, czy warzywnymi. Szaszłyki, pieczone mięsa, bakłażany, pyszne sałatki, jest tego mnóstwo… I wszystko wyjątkowe i przepyszne. Jeśli do tego dołożymy lampkę domowego wina, mamy przepis na wyśmienity wieczór. W jednej z odchodzących od starego miasta uliczek napotkamy zegar przy teatrze lalek. O godzinie 12 i 16 na wieży zegara otwierały się drzwiczki i mięliśmy okazję obejrzeć krótką historyjkę skłaniającą do refleksji 😉

Przy tej całej egzotyce postanowiliśmy trochę odpocząć w miejscu, które uznawane jest za gruzińską Toskanię. Jest to Signagi – niewielkie miasteczko położone wśród wzgórz na wschodzie kraju. Wszystko tam jest zachwycające i wyjątkowe. Wąskie, brukowane uliczki, piękne kamienice. Wszystko stwarza niesamowitą aurę… A kiedy przychodzi wieczór…. Na prawdę dałabym wiele, by móc się teraz tam znaleźć… 😉

W Signagi wynajeliśmy pokój w przytulnym hostelu z pięknym widokiem z balkonu. Miasteczko jest niewielkie więc myśleliśmy, że od razu uda nam się zobaczyć wszystko. Niestety aura w południe była dość męcząca. Bylo bardzo gorąco, duszno i trudno było w ogóle funkcjonować. Jako, że mimo tego doskwierał nam ogromny głód poszliśmy na obiad, do którego oboje wypiliśmy po zimnym piwie. Wróciliśmy do hotelu by przetrwać największy upał i dopiero pod koniec dnia wyruszyliśmy na długi spacer.Przeszliśmy miasteczko wzdłuż i wszerz, obchodząc wszystkie piękne uliczki, chłonąc roztaczające się wokół malownicze widoki. Może nie będziemy dużo pisać- zdjęcia oddają więcej.

Widok z balkonu naszego hostelu
Wszędzie ta pyszna lemoniada!

Warto poświęcić pół dnia by w udać się do Monasteru Bodbe w rejonie Kachetii.. Myśleliśmy, że znajduje się on w odległości 2 kilometrów, jednak idąc w 30 stopniowym upale droga jakby się znacznie wydłużyła. Po dotarci na miejsce zobaczyć można kompleks świątyń. W Monasterze św. Jerzego znajdują się szczątki św. Nino, która jest apostołką i patronką Gruzji. Obecnie pobliski klasztor wciąż jest zamieszkiwany przez zakonnice, które znajdują się tamtejszymi terenami i zabytkami – dwoma świątyniami. Niewielka, w której znajdują się szczątki świętej podczas naszej wizyty podlegała renowacji. Na jej murach znajdują się przepiękne malowidła. Druga, znacznie większa również jest remontowana. Po ich zobaczeniu można udać się do źródła św. Nino, z którego wydobywa się woda o uzdrawiającej mocy. Jednak widząc liczną grupę turystów zmierzających w tamtym kierunku zrezygnowaliśmy z tego punktu naszego planu. Jako, że czas odjazdu marszrutki do Tbilisi się zbliżał, po kawie i lemoniadzie w kawiarni w pobliżu Monastyru, udaliśmy się w drogę powrotną do Signagi. Idąc na wzgórze, na początku naszej wędrówki nie raz słyszeliśmy szelesty w otaczających lasach. Bałam się, że to żmije, o których wiele czytaliśmy wcześniej, ponoć niebezpieczne dla ludzi. W drodze powrotnej obawy nasze się rozwiały, ponieważ wszelkie szelesty i trzaski powodowały małe cielaczki, które swobodnie teraz spacerowały sobie wzdłuż drogi.

W zasadzie w całej Gruzji nie raz mięliśmy okazję spotkać się z biegającymi po drodze krowami 😉

Z „gruzińskiej Toskanii” dotarliśmy do stolicy. W niej spędziliśmy jeszcze porę obiadową w jednej z ciekawszych restauracji serwujących lokalną kuchnię. W niewielkiej cenie można zjeść tam wszystkie dania, z których słynie Gruzja. Po posiłku ruszyliśmy na dworzec, skąd odjeżdżał nasz pociąg do Batumi…

„Nasza” Gruzja- cz. 2

Dzisiaj wrócimy bowiem do opowieści o Gruzji. Odtworzymy w pamięci czas spędzony w tym pięknym kraju i postaramy się opisać każde z odwiedzonych przez nas miast.
Po przyjeździe z lotniska odnieśliśmy nasze bagaże do hostelu i wyruszyliśmy w podróż po stolicy. Metro w Tbilisi działa bardzo prężnie i zawsze przyjeżdża na czas, zarówno jego pierwsza jak i druga linia. Wysiedliśmy na stacji Rustaveli by najsłynniejszą ulicą dotrzeć spacerem do centrum. Ulica być może bardzo rozsławiona, często polecana w przewodnikach, jest z pewnością pełna pięknych budowli, zadbanych kamienic i z pewnością stanowi centrum życia kulturalnego. Odstrasza jednak fakt, że w godzinach szczytu trudno na niej o spokój, ponieważ warczące i trąbiące na siebie pojazdy potrafią skutecznie zburzyć panujący na niej nastrój. Pośród wielu sklepów i kawiarni odnaleźliśmy kilka znaczących miejsc.

W międzyczasie usiedliśmy na kawę. Generalnie była to pierwsza i ostatnia „europejska” kawa 😉 Zwykle w Gruzji serwowana jest mocna i bardzo słodka kawa „sypana”. Niestety ja z tych co wolą rozpuszczalną i niezbyt mocną śniadaniową kawę 😉

Naszym głównym celem tego dnia było dostać się do Matki Gruzji, a dokładniej Kartlis Deda znajdującej się na wzgórzu zwanym Narikala. Otóż jest to ogromny pomnik stojący na wzgórzu nad miastem przestawiający postać kobiety trzymającej w jednej dłoni kielich z winem (dla przyjaciół) i miecz (dla wrogów). Idealnie charakteryzuje ona gruzińską naturę. Na wzgórze można dojechać kolejką, a przejazd w obie strony kosztuje niespełna 2 zł od osoby. Warto z tego skorzystać, ponieważ widok roztaczający się na miasto po dotarciu na miejsce jest piękny. Po krótkim spacerze byliśmy tuż „pod stopami” Matki Gruzji. Niestety należy przyznać, że znacznie lepiej prezentuje się widziana z dołu… 😉

Widok ze wzgórza na panoramę miasta
Matka Gruzja

Przystanek kolejki po zjechaniu z góry znajduje się tuż przy parku, który był kolejnym punktem na naszej mapie. Przechodziliśmy w słońcu jego uliczkami i zastanawialiśmy się jak to możliwe by w tak przywiązanym do tradycji kraju mogły powstać dzieła nawiązujące do nowoczesności, jak chociażby most określany mianem „allways” (kobiecego produktu znanego nam z reklam), czy wspomnianego przed chwilą parku. Miejsce to jest bardzo zadbane i zaplanowane, pełne nowoczesnych aranżacji służących za rzeźby/leżaki. Całość robi jednak bardzo pozytywne wrażenie. Zbliżający się wieczór postanowiliśmy spędzić w parku przy fontannach ponieważ każdego dnia odbywa się tam pokaz tańczących ze sobą strumieni wody w rytm dźwięków muzyki klasycznej (i nie tylko). Widowisku towarzyszą piękne świetlne iluminacje. Prawdę mówiąc żadna inna fontanna nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, zarówno w całej Gruzji (każde miasto ma swoją fontannę,czasem nie jedną 😉 ) jak i w innych krajach.

Słynny most w tle na zdjęciu
A tu już bliższe spotkanie z „always” 😉
Tańczące fontanny
Kolejnego dnia wyruszyliśmy do Mcchety, jednego z najstarszych miasteczek w Gruzji. Dojechać do niego można marszrutką za 7 zł w obie strony. Musimy pokonać 15 kilometrów dość krętą drogą. Niestety jedyną wadą Gruzji są kierowcy… Ich styl jazdy nie raz przyprawił mnie o stan przedzawałowy. Wyprzedzanie „na trzeciego”, przed zakrętem i na wzniesieniu jest zupełnie normalne. Podobnie jak w Maroko sposobem porozumiewania się kierowców na drodze jest trąbienie na siebie na wzajem, czy trąbienie na cokolwiek… 😉 Po prostu trzeba sobie ulżyć i uderzyć w klakson. Udało się nam jednak cało dotrzeć na miejsce. Mccheta to niewielkie miasteczko, jednak posiadające znaczące zabytki i piękną architekturę. Brukowane wąskie uliczki, piękne kamienice i domy, obecność wzgórz – wszystko to nadaje temu miejscu wspaniałego klimatu. Dodatkowo wrażenie to potęgują mury obronne wznoszące się wokół Sweti Cchoweli.

Jest to katedra pochodząca z początków XI wieku, warto odwiedzić jej wnętrze ponieważ na ścianach świątyni zachowało się wiele malowideł pochodzących z okresu jej budowy. Niestety spora część z nich wciąż znajduje się pod tynkiem, którym pokryte zostały w 1830 roku. Chrzcielnica, która znajduje się w kościele pochodzi natomiast z IV wieku…

… ciąg dalszy nastąpi 😉

Podróż do krainy wina i malowniczych krajobrazów… Gruzja!

W trakcie naszych pracowitych wakacji znaleźliśmy niespełna dwa tygodnie by wyruszyć na wymarzoną wyprawę. Pod koniec sierpnia udaliśmy się do Gruzji i musimy przyznać, że była to najwspanialsza podróż, jaką do tej pory przeżyliśmy. Gościnność i otwartość mieszkańców przekraczała wszelkie granice, gruzińska kuchnia cudownie pieściła nasze podniebienia przez dwanaście dni a wspaniałe, domowej roboty wino rozluźniało nas wieczorem po wielogodzinnych wędrówkach.
To był piękny czas, przynoszący mnóstwo pozytywnych przeżyć, po którym obecnie przyszło nam wrócić do rzeczywistości…

Mimo wszystko postanowiliśmy wrócić wspomnieniami i podzielić się z Wami w dzisiejszym poście informacjami co i gdzie warto zobaczyć, gdzie zatrzymać się na dłużej, a także jaki budżet należy na taką wycieczkę przeznaczyć.

Stare miasto w Tbilisi

Najpierw kilka słów odnośnie biletu lotniczego. Udało nam się zakupić bilet na lot z Warszawy do Tbilisi za 549 zł w obie strony Polskimi Liniami Lotniczymi LOT. To bardzo dobra cena, bo nie dość, że dotyczyła ona wysokiego sezonu to zawierała duży rejestrowany bagaż. Porównując cenę linii wizzair to minimum 190 zł w obie strony z małym bagażem podręcznym, jeśli jednak zależy nam na dużym bagażu to musimy dopłacić 150 zł do biletu w jedną stronę. łącznie wychodzi nam 490 zł. Czyli wychwyciliśmy fajnego deala 😉

Do Warszawy też dolecieliśmy samolotem. Lot z Bydgoszczy trwał niecałe pół godziny.

Jeżeli chodzi o transport z lotniska do centrum to mamy trzy możliwości. Albo zdążymy na szybką kolej miejską, która kursuje tylko 5 razy w ciągu całego dnia, albo pojedziemy marszrutką, bądź opcja najbardziej ekskluzywna- taksówka. Niestety jeśli zależy nam na komforcie musimy też liczyć się z dużym kosztem. Taxi spod terminala do centrum kosztuje czasami nawet 50 euro… My wybraliśmy marszrutkę, ponieważ samolot doleciał o 4 nad ranem, a pociąg mieliśmy dopiero po godzinie dziesiątej. Bus czekał na nas o siódmej rano. Dojechaliśmy nim do dworca kolejowego, a dalej do miejsca naszego zakwaterowania. W Tbilisi działają dwie linie metra,a w samym centrum znajduje się stacja przesiadkowa. Tak więc pod względem komunikacji stolica Gruzji jest na prawdę dobrze rozwinięta. Jeśli chcemy nieco się oddalić i wybrać w podróż do innych miast możemy wybrać marszrutkę. Jest to jednak opcja tylko dla odważnych pasażerów. Wyprzedzanie „na trzeciego”, pod górkę czy na zakręcie nie należy tutaj do rzadkości. Jeśli do tego dodamy wóz w stanie praktycznie rozsypki, z kierownicą po prawej stronie (pomimo tego, że ruch jest prawostronny)… Może być na prawdę niebezpiecznie. Alternatywą są pociągi tylko ważne jest, by odpowiednio wcześnie kupić bilet. My próbowaliśmy przedostać się z Batumi do Tbilisi i stojąc pewnie przy kasie po bilet dowiedzieliśmy się, że nasza podróż będzie możliwa dopiero za trzy dni…Cenowo podróż pociągiem jest zbliżona do tej w Polsce.  Marszrutki na dalekich trasach są względnie drogie (głównie dlatego, że są prywatne), podobnie jak taksówki. W mieście przejażdżka taka będzie nas kosztowała 70 groszy. Przejazd metrem natomiast 90 groszy. Musicie przyznać, że to na prawdę nie wiele (dla przykładu, przejazd z Kołudy Wielkiej do Janikowa- 4 km-kosztuje 3,20 zł za bilet ulgowy… marszrutką za 0,9 zł możemy przejechać nawet 15 km 😉 ).

Napis informujący, dokąd odjeżdża dana marszrutka

Cenowo Gruzja przedstawia się bardzo korzystnie. Korzystaliśmy z tego przez cały wyjazd, nie ograniczając się i wchodząc nawet do tych najlepszych restauracji. Najdroższy obiad kosztował 70 zł, był to dwudaniowy posiłek, z butelką 10 letniego wina… Standardowo płaciliśmy jednak w granicach 25 zł za obiad dla dwóch osób. Polecamy Wam serdecznie świetną knajpkę, sieciówkę, której nazwa jest niestety po gruzińsku i nie potrafimy jej przytoczyć 😉 Jest tam świetne, gruzińskie i niedrogie jedzenie. A do tego wino… 1,5 litra za 10 zł świetnego wina. Jednak ilość zmusza nas do długiego „biesiadowania”. Chinkali, czyli tradycyjne pierożki w formie sakiewek kosztują tutaj od 0,40 do 0,70 lari, czyli jakieś 0,70-1,30 zł za pierożka. Mi wystarczało 4 by porządnie się najeść, natomiast Nikodem musiał zjeść około 6. Kolejnym specjałem jest chaczapuri, czyli „gruzińska pizza”. Jest to drożdżowe ciasto z serem., natomiast chaczapuri adżaruli to odmiana z jajkiem i serem. Każda z nich jest przepyszna a co najważniejsze bardzo sycąca. Popularne są także szaszłyki z grilla, najczęściej z mięsa wołowo-wieprzowego. Jeśli już jesteśmy przy jedzeniu, to chcieli byśmy Wam polecić genialną lodziarnię. Znajduje się ona przy głównej ulicy w Tbilisi, standardowa porcja to 2 duże gałki, za które zapłacimy jakieś 5 zł. Warto, bo lody są na prawdę pyszne, a kawiarnia, w której są serwowane jest przyjemnym miejscem, w którym możemy złapać oddech w gorący dzień.

Fragment naszego najdroższego obiadu w Gruzji, czyli jakość Mariotta
za cenę średniej restauracji w Polsce

Teraz kilka słów na temat noclegów. Polecamy Wam kwatery prywatne, czy hostele. Wysoki standard będziemy mogli odnaleźć tylko w hotelach, a ich ceny są na prawdę bardzo wysokie. Ale czego trzeba studentom? Niektórzy preferują noclegi pod namiotem i z pewnością Gruzja jest bardzo sprzyjającym ku temu krajem. Rozbić się tam możemy na ogródku przy domu sympatycznych właścicieli, ale i blisko górskich szlaków. Zawsze pamiętajmy jednak o własnym bezpieczeństwie. Dla pozostałych, którzy cenią sobie łóżko i wieczorny prysznic znajdzie się wiele pokoi ze wspólnymi łazienkami w atrakcyjnej cenie. Nasze noclegi kosztowały od 20 do 60 zł i bardzo różniły się standardem. W Batumi pokój z łazienką kosztował niecałe 50 zł od osoby i należy przyznać, że warunki były bardzo komfortowe. Pozostałe pokoje łazienki nie posiadały, ale te poza nimi były zadbane. Mankamentem jednego z pokojów, w którym spaliśmy w Tbilisi był brak okna, co przy niespełna 30 stopniach w nocy stanowi spory problem….

Jeden z naszych uroczych pensjonacików
Podsumowując nasz 12 dniowy wyjazd, za bilety lotnicze, pociągowe, autobusowe, wszelkie zakupione pamiątki, a także pełne wyżywienie i noclegi zapłaciliśmy po 1300 zł. To chyba naprawdę niewiele, zaznaczając, że wcale się nie ograniczaliśmy.
A na koniec jeszcze autorka artykułu w gruzińskiej cerkwi 🙂