Włoskie początki… – romantyczne Bergamo

Włochy od zawsze były miejscem na podróżniczej mapie, które pragnęłam odwiedzić. Piszę w osobie pierwszej, ponieważ podróżnicze marzenia Nikodema są nieco inne. Dzięki uzbieranym na karcie związanej z Wizzair Discount Club złotówkom bilet był „darmowy”. Jeśli nie macie takich możliwości to dolot do samego Bergamo nie kosztuje wiele – w zasadzie mniej niż 150 zł (mały bagaż podręczny). Warto z pewnością kupić bilet, spakować plecak i po półtoragodzinnym locie znaleźć się w pięknym, romantycznym i niezwykle klimatycznym miejscu. Wszystko w Bergamo jest proste. Całe miasto funkcjonuje w określonych godzinach – począwszy od sklepów, skończywszy n Kościołach- od rana do wieczora, z kilku godzinną przerwą na sjestę. Jeśli spacerujemy wąskimi uliczkami, to w zasadzie nie musimy się martwić, że zgubimy drogę, zawsze dojdziemy na wzgórze, skąd wypatrzymy drogę powrotną. Pogoda również nas nie zaskoczy, ciepło jest i w dzień i w nocy. Nie jest trudno się dogadać. Pytając o znajomość języka angielskiego włoszkę, aby pomogła nam znaleźć drogę do sklepu, szczęśliwa odpowiedziała, że mówi po angielsku, po czym jak mamy dojść do sklepu wytłumaczyła po włosku 😉
Widok na Stare miasto położone na wzgórzu
Z lotniska do centrum najlepiej dostać się autobusem nr. 1. W centrum kursują też busy 1A,B, czy C. W zależności od długości naszego pobytu możemy kupić bilet jednorazowy, dobowy bądź 72 godzinny. Ten ostatni kosztuje 7,20 euro. Dodatkowym atutem biletów czasowych jest to, że obowiązują one na cały miejski transport, również na kolejkę w wyższe rejony miasta. Jeśli jesteśmy przy cenach… W Bergamo ceny są w pełni europejskie. Jedynie w marketach kupimy wodę za 1-2 zł. W małych, osiedlowych sklepikach przeważających  w tym mieście będzie o to trudniej. Duża Fanta (1,8l) kosztowała 1,8 euro. Owoce i warzywa są raczej drogie (jabłka – 2 euro, podobnie jak nektarynki czy brzoskwinie, pomarańcza – 3,5 euro, sałata – 1,7 euro, pomidory- 2 euro). Piwo ok.2 euro. Były takie za niespełna 1 euro, ale wylądowały w koszu 😉 . Wina niedrogie i smaczne. Niestety jeśli chodzi o wędliny czy sery – ceny były wysokie (160 g prosciutto kosztowało nawet 53 euro). Jeśli chodzi o wydatki w restauracjach, to musimy się liczyć z wysokim rachunkiem. Piwo małe kosztuje ok. 3 euro, duże 5, pizza 6-15 euro, woda, czy napoje 3 euro, makarony ok,17-23 euro. Jedynie kawa zachęca swoją ceną. W zależności od rodzaju kosztuje 1-3 euro. Wrażenia pijących ją osób – jak najbardziej pozytywne.
Jako, że nasz wyjazd był poświęcony wypoczynkowi oprócz zwiedzania włoskiego miasta, tym razem nie korzystaliśmy z hosteli, a z popularnej hotelowej sieciówki B&B. Koszt noclegu to 100 zł od osoby (+2,5 euro za osobę tzw „opłaty klimatycznej” 😉 ). nocleg z pewnością możemy polecić, ponieważ hotel znajduje się bardzo blisko dworca PKP (15 min piechotą), oraz od starego miasta (10 min autobusem A1).

Jeśli jesteśmy blisko dworca kolejowego… pierwszego dnia mięliśmy w planie zwiedzanie miasta Lecco, położonego przy jeziorze Como. Piękne miejsce, które z pewnością warto odwiedzić, tym bardziej że bilet kosztuje 3,2 euro w jedną stronę, a czas podróży to 40 minut. Jeśli pociąg nie opóźni się o 2 godziny, Cóż, zdarza się i w zachodniej europie. Miasto położone jest przy górskich zboczach (podobnie jak Bergamo), a przyjemny chłodny wiatr przyciąga do spędzania czasu nad brzegiem jeziora. Nie wiem czy jest sens wiele pisać o tym mieście, zdjęcia bardziej oddadzą jego urok. A jeśli chodzi o to jak dotrzeć nad jezioro – należy po wyjściu z dworca pójść ulicą  w dół, a następnie skręcić w prawo z deptaku tuż przed Bankiem Narodowym. I patrząc w dal od razu będziemy widzieli, w którym kierunku dalej podążać…

Samo Bergamo chyba także nie wymaga większego komentarza. Przy zakupie w informacji turystycznej na lotnisku biletów  komunikacji miejskiej (opcja najwygodniejsza) otrzymamy mapę, na której będą wyznaczone miejsca, które warto odwiedzić. Dobrze wybrać to, co na prawdę nas zainteresuje, choć czasu wystarczy z pewnością na wszystko. Bergamo dolne jest nowszą częścią miasta, w której zabytków jest mniej niż w części górnej. Obie partie miasta oddzielone są murami obronnymi, pochodzącymi z XVI wieku.

Ponad murami obronnymi znajduje się cała rozmaitość zachwycających zakamarków, budowli, kościołów. Kiedy trafimy na Piazza Vecchia, mamy idealny punkt odniesienia do dalszego zwiedzania. Warto poświęcić czas na zwiedzanie przyległych do placu świątyń. Na Piazza Vecchia widnieje słoneczny zegar, który pokazuje astronomiczny środek dnia. Wpadające przez dziurę na tarczy słońce wytycza na rzeźbionym na bruku „kalendarzu” datę i czas przypadający na ten moment. Każda urocza uliczka kryje w sobie piękną historię, cudowny klimat i mnóstwo romantyzmu. Szczególnie wieczorem…

Weekend w Rydze- co warto zobaczyć

Jakiś czas temu pisaliśmy o cenach i organizacji pobytu w Rydze. Niejednokrotnie pisaliśmy iż jest to wspaniałe miasto na weekend, niezwykle urocze, atracyjne a także przystępne cenowo i nadal podtrzymujemy tę tezę. Dziś chcięlibyśmy poszerzyć informacje o stolicy Łotwy, a  szczególnie miejscach wartych zobaczenia.

Na początek trochę o organizacji naszej wycieczki… Po przylocie do Rygi wsiadamy w autobus numer 22, którym docieramy do centrum miasta. Najlepiej jest nam wysiąść przy centrum handlowym mieszczącym się tuż przy dworcu kolejowym (podróż zajmie nam ok 25 minut).

Dworzec kolejowy

Gdy dotarliśmy już na miejsce możemy zacząć zwiedzać to piękne miasto pełne romantycznych uliczek, z zachwycającą starówką. I przy niej zatrzymamy się przez chwilę. Nam udało się dotrzeć na rynek w wieczornych godzinach i zrobił on na nas ogromne wrażenie.  Do placu ratuszowego dotrzemy uliczkami nad którymi wznoszą się bogato zdobione kamienice. Będąc już na miejscu widzimy imponujący budynek Ratusza, gildię Bractwa Czarnogłowych, a pośrodku pomnik Rolanda.  Ratusz i dom Bractwa zbudowane są z pięnej czerwonej cegły, posiafają biało niebieskie zdobienia.

Rynek w dzień

Całość prezentuje się wyjątkowo szczególnie wieczorem- kiedy oświetlone ściany promienieją ciepłym blaskiem. Tak na prawdę to całe stare miasto robi największe wrażenie po zmroku -wąskie uliczki, przepełnione kwiatami ogródki restauracyjne mienią się blaskiem ulicznych lamp.

Rynek nocą

Dochodząc do rynku po drodze spotkamy najbardziej rozpoznawalny ryski zabytek -Trzej Bracia. Jest to kompleks trzech średniowiecznych domów. Budynki zostały nazwane poprzez analogię do podobnych budynków w Talinie, które noszą nazwę Trzech Sióstr.

Trzej Bracia

Niedaleko znajduje się Łotewska Katedra Luterańska, która słynie szczególnie z organów pochodzących z 1844 roku.

Katedra

W poprzednim poście pisaliśmy wiele na temat hal targowych mieszczących się niedaleko dworca kolejowego. Jeśli zrobimy sobie dłuższy spacer w kierunku południowym możemy spotkać zabytek, który bardzo przypomina Pałac Kultury i Nauki. Jest to jednak Wieżowiec Akademii Nauk wybudowany na wzór stalinowskich wysokościowców, posiada o połowę mniej pięter, a dokładnie 21.

Wieżowiec Akademii Nauk

Kontynuując nasz spacer tym razem na północ będziemy mieli okazję zobaczyć wiele słynnych ryskich zabytków. Ważnym dla kraju jest pomnik Wolności w Rydze, którego obraz rozciąga się na terenie parku Bastejkalns. Stamtąd, poruszając się parkowymi ścieżkami dotrzemy do Opery Ryskiej.

Opera

Pięknym miejscem w łotewskiej stolicy jest dzielnica Art Nouveau, tam nie trudno jest się zapomnieć w gąszczu przepięknie zdobionych kamieniczek i spędzić wiele godzin na powolnym spacerze i fotografowaniu. Jest to dzielnica której początki budowli sięgają końca dziewiętnastego wieku. Charakterystyczne są połączenia bieli i błękitu, dzięki czemu cała kompozycja dodatkowo zyskuje na świeżości i lekkości.

Dzielnica Art Nouveau

Na koniec chcemy zaproponować wieczorny spacer wzdłuż rzeki Dźwiny. Tam dostrzeżemy wpływy nowoczesnej architektury – choćby bardzo współcześnie zaaranżowana biblioteka, hotele. Rozciągający się nad rzeką most rzuca nocą wspaniałe światło, co tworzy niepowtarzaly klimat i łącząc się z oświetlonym wybrzeżem daje romantyczny nastrój.

Pokazaliśmy Wam jak można zorganizować sobie krótki wypad do Łotewskiej stolicy. Ryga także może być atrakcyjnym celem weekendowej podróży. Warto więc po całodniowej bieganinie przysiąść w jednym z pięknych restauracyjnych ogródków z lampką wina i rozkoszować się graną na żywo muzyką nawet kilkaset kilometrów od domu.

Jeśli weekend – to z pewnością w Rydze!

Polskie Linie Lotnicze „Lot” znane są ze swojej cotygodniowej akcji pt. Szalona Środa. W każdy wtorek po północy wprowadzane są do obiegu promocje na wybrane kierunki. W trakcie 24 godzin możemy kupić bilety na interesujący nas lot. Zdarzają się różne oferty, lepsze lub gorsze cenowo. My jednak trafiliśmy na świetną opcję wylotu do Rygi za 119zł. Najbardziej odpowiadał nam termin ferii zimowych, a więc luty… Wbrew obawom pogoda nie odebrała nam energii do zwiedzania stolicy Łotwy. Dzisiaj skupimy się na technicznej stronie naszego wyjazdu, czyli planowaniu kosztów i transporcie miejskim. W następnej notce pokażemy Wam jak wyglądała nasza podróż w aspekcie turystycznym, czyli jakim miejscom warto poświęcić uwagę.

Mając już w kieszeni bilet samolotowy musimy zająć się organizacją miejsca noclegowego. Jak często mawia Nikodem, nie sztuką jest tanio spać w rozpadającej się stodole, ale w kilku gwiazdkowym hotelu. Z tego powodu przed podróżą spędził On sporo czasu na różnych stronach internetowych i znalazł bardzo atrakcyjną ofertę.

W czterogwiazdkowym Hotelu Gertruda (http://wellton.com/) pokój dwuosobowy kosztował ok. 80 zł, oczywiście ze śniadaniem. Śniadanie było genialne, każdy znajdzie coś co lubi, od wielu rodzajów serów, przez mięsa, dania na ciepło do owoców czy nawet… szampana 😉 . Jeżeli znajdziemy sobie hotel bez śniadania, nic nie szkodzi. Ceny w Rydze zbliżone są do cen w Polsce. Z początkiem roku waluta zmieniona została na euro, jednak to nie wpłynęło na podwyżkę  cen produktów. Za chleb zapłacimy tam ok. 3 złotych (wszystko zależy od tego jaki wybierzemy), wędliny czy sery również kosztują podobnie. Jeżeli chodzi o chleb, bardzo popularny w Rydze jest żytni z gruboriaznistej mąki. Ma wręcz czarny kolor, dość kwaśny posmak i zbitą konsystencję, niewątpliwie jest prawdziwym rarytasem. Za jego spory bochenek, wielkości naszych trzech chlebów pszennych,  zapłacimy  ponad 5 €. Najlepiej skorzystać z oferty miejskiego targowiska, ale o tym później.

Jeżeli już zjemy solidne śniadanie należy wyruszyć na podbój miasta. Ryga jest miejscem,  w którym najbardziej strategiczne punkty znajdują się w jej centrum. Podczas zwiedzania nie ma więc potrzeby przemieszczać się komunikacją. Jeżeli jednak mieszkamy dalej od centrum wtedy warto zaopatrzyć się w bilet komunikacji miejskiej, bo ich posiadanie jest skrupulatnie sprawdzanie przez kontrolerów. W Rydze funkcjonują tzw. e-ticket’y, które możemy kupić w kioskach, kasach na dworcach czy automatach biletowych. Są one chyba najlepszą opcją, ponieważ możemy je kilkakrotnie doładowywać, w zależności od naszych potrzeb. Są dwa rodzaje e-biletów -niebieski, imienny na wiele przejazdów, może służyć jako bilet miesięczny. Bilety żółte są także wielorazowe, mogą być kilkakrotnie doładowywane, a po okresie doładowania tracą ważność. Są także bilety papierowe-jednorazowe, które po przejeździe mają już wartość wyłącznie kolekcjonerską. Jak widać najlepszym rozwiązaniem wydaje się być żółty e-ticket. Koszty przejazdów kształtują się odpowiednio: bilet papierowy dzienny to 1,20€, nocny 1,5€; w przypadku biletów na karcie koszt jest niższy, ale także zależy od czasu na jaki ją doładujemy. Bilet jednorazowy kosztuje 0,7 €, dobowy ok. 3€ natomiast weekendowy to 8,5€. Jeżeli mamy ze sobą zwierzaka, to za jego podróż zapłacimy 1€.

Wiecej informacji znajdziemy tutaj – https://www.rigassatiksme.lv/en/ .

Warto w tym miejscu wspomnieć, że lotnisko w Rydze jest blisko centrum miasta, dlatego wystarczy nam tylko wsiąść w autobus miejski, by znaleźć się w jego sercu.

Jeśli  mamy więcej czasu to warto się wybrać gdzieś dalej, bo Łotwa to przecież nie sama Ryga. To piękny kraj, leżący u brzegu Morza Bałtyckiego. Nasz pobyt trwał zaledwie trzy dni, jednak nie odmówiliśmy sobie podróży poza stolicę. Ciekawym rozwiązaniem są koleje podmiejskie. Z Rygi kursuje pociąg, którym możemy dotrzeć w wiele ciekawych miejsc. My wybraliśmy się do Majori. Jazda pociągiem zajęła nam ok. 40 minut, a koszt podróży wyniósł 1,40€. Obowiązuje także ciekawa promocja, w której poza weekendem oraz poza godzinami szczytu bilet kosztuje 50% mniej. Tutaj (http://www.pv.lv/en/) strona internetowa kolei ryskich, na których znajdziemy interesujące nas trasy i kalkulator cen.

Jak wcześniej wspomniałam, ceny żywności są zbliżone do tych w Polsce. Na szczęście, dla asortymentu sklepów spożywczych widać w tym kraju rosyjskie wpływy, ponieważ mamy możliwość skosztować kwasu chlebowego, czy innych rosyjskich trunków, lodów, chałwy i innych pysznych produktów. Za zakupy w markecie kosztowały nas niecałe 20zł, przy czym kupiliśmy lody, kwas chlebowy, soki, ciastka i lokalne piwo. Niewątpliwie najciekawszym rozwiązaniem są hale targowe. Mają bardzo bogaty asortyment. Każda z hal podzielona jest na różne rodzaje produktów. Na jednej znajdziemy owoce i warzywa, na innej mięso, ryby, czy produkty mleczne wraz z chlebami czy różnego rodzaju słodyczami. Wszystko kusi pięknymi barwami, zapachami, ale także ogólną atmosferą. Ceny są równie atrakcyjne, z pewnością niższe niż w marketach.  Mnie przede wszystkim targowisko zachęcało do fotografowania, ale nie oparłam się ulubionej chałwie.

Kilka zdjęć z bazaru:

Kolejnym ważnym punktem na spożywczej mapie stolicy Łotwy jest restauracja czy raczej bar PielmieniXL. To jedyne miejsce, do którego wracaliśmy na obiady. Pielmieni, czyli małe pierożki z różnym nadzieniem (tradycyjne-z baraniną, ale także inne-z drobiem, wieprzowiną, wołowiną czy serem) podawane są na dwa sposoby: z wody i smażone. Zdecydowanie lepsze były według nas te z wody. Do nich możemy skosztować kwaśnego jogurtu, sosu pomidorowego, sałatek, czy pietruszki. Wszystkie produkty są na wagę, więc jemy tyle na ile mamy ochotę, a 100 gramów kosztuje nas ok. 4 zł. Jedzenie jest naprawdę przepyszne, a do niego możemy wybrać kompot, soki czy kefir. Za solidny posiłek dla dwóch osób z sokami zapłaciliśmy 16 zł. Wszystko jest na bieżąco przygotowywane, a przez bar cały czas przewijają się dziesiątki osób.

Centrum miasta wieczorem oferuje nam wiele możliwości spędzenia wolnego czasu. Jeżeli interesuje nas aktywny wypoczynek warto się przejść deptakiem wzdłuż rzeki Daugavy, ale o tym opowiemy w następnym wpisie. Starówka obfituje natomiast w wiele przyjemnych restauracji i barów, w których możemy się napić piwa przy muzyce na żywo, czy posiedzieć przy lampce wina wśród jazzowych klimatów. Ceny zbliżone są do tych w polskich dużych miastach. Polecamy wybrać się więc na spacer wąskimi uliczkami miasta.

Umieściliśmy wszystkie znane nam informacje dotyczące cen w stolicy Łotwy. Jeżeli coś jeszcze się nam przypomni oczekujcie tego w kolejnym poście, w którym będzie więcej informacji na temat ciekawych miejsc czy zabytków w Rydze.  Życzymy Wam wszystkim udanego weekendu. Trzymajcie się ciepło!

Podsumowanie kosztów podróży na Ukrainę

Dzisiaj ostania część naszego Ukraińskiego cyklu. Chcieliśmy Wam dokładnie rozpisać nasze koszty poniesione podczas wyjazdu 🙂

Start – 18 września 2012

  1. Nocleg w schronisku „Ślązaczek” w Katowicach: 30 zł
  2. Lot Katowice – Kijów „Wizzair” 200 zł
  3. Nocleg w Kijowie w „Homelike Hostel” 24 zł
  4. Lot Kijów – Symferopol „Wizzair” 88 zł
  5. 2 noclegi w Teodozji w „Italian Countryard” 77 zł
  6. 2 noclegi w Sudaku w „Guest House Edem” 44 zł
  7. Nocleg w Jałcie w hotelu „Crimea” 43 zł
  8. Pociąg Symferopol – Lwów 56 zł
  9. Nocleg we Lwowie w „TsisaR Bankir Hotel” 35 zł
  10. Lot Lwów – Wrocław „Eurolot” 149 zł

Razem 749 zł

Plus koszty dodatkowe typu jedzenie przejazdy komunikacją,
taxi etc. +- 250 zł

Razem 1000 zł

Myślę, że to uświadamia, że taki wyjazd na prawdę nie musi być bardzo drogi. Jeśli taką imprezę organizowałoby biuro podróży z pewnością kosztowałaby ona kilkakrotnie więcej.

Nie bójmy się przygód! 🙂

The best of Ukraine, vol.3

Drogę (do Jałty) przebyliśmy busem, w którym spotkaliśmy kilkoro polaków. To była chyba najtrudniejsza podróż-niewielkim autobusem, wypchanym po brzegi, przegrzanym, wśród kłócących się o każdy szczegół Ukrainek. Już na miejscu poszukaliśmy hotelu, który okazał się być dla nas niespodzianką. Jego nazwa, sugerowała, że będzie to miejsce, w którym obowiązują jakieś standardy. Okazało się jednak, że nawet robaki nie mają w tym miejscu żadnych zasad i gonią się wśród gości hotelu po nocnych stolikach… Był to najtańszy nocleg, więc nie mogliśmy narzekać. Szybko wyruszyliśmy do portu, który znajdował się 5min od wspomnianego miejsca noclegu. Stamtąd statkiem wybraliśmy się w rejs do Jaskółczego Gniazda i dalej po wodach morskich, by podziwiać wybrzeże z tej drugiej strony. Po powrocie do punktu wyjścia zjedliśmy posiłek, by nabrać sił na wycieczkę po mieście.

 Nadmorski deptak w Jałcie

Ceny w Jałcie są dużo wyższe, czyli mniej więcej takie jak nad Bałtykiem. Po dość trudnej nocy, udaliśmy się do Symferopola. Jechaliśmy trolejbusem, który pokonuje najdłuższą na świecie trasę. 2,5 godzinna podróż kosztowała nas ok.5zł. W Symferopolu dotarliśmy na dworzec kolejowy, który jak wszystkie w tamtych rejonach, jest po prostu piękny. Z tego miejsca, w godzinach popołudniowych czekał na nas pociąg do Lwowa. Jest to najtańszy sposób przemieszczania się po Ukrainie, stworzony na kształt rosyjskiej kolei transsyberyjskiej. By podróż nie zdarła z nas skóry, ale także by dostarczyła nam niezapomnianych wrażeń wybraliśmy opcję plac karty. Jest to miejsce na kuszetce w 50 osobowym wagonie, na której spędziliśmy kolejnych 25 godzin. To doświadczenie jest jednym z milej wspominanych przez nas w czasie całej podróży. Obserwowaliśmy panujące tam zwyczaje, które były dla nas fascynujące. Prowadnik, który zbierał nasze bilety, by oddać je nam wraz z pościelą, która przysługuje każdej osobie. Tuż po starcie pasażerowie rozpakowywali swoje torby wyciągając z nich mnóstwo jedzenia i napojów. Każdy był w każdym calu przygotowany do tej długiej podróży. Nasze posiłki były skromne w porównaniu do pęt kiełbas i zakąsek współtowarzyszy, ponieważ mieliśmy tylko kilkudniowy chleb i konserwy.

Ukraiński pociąg

Poznaliśmy tam wielu wspaniałych ludzi, z którymi wymienialiśmy poglądy dotyczące zarówno Ukrainy jak i Polski. Po całodobowej podróży trudno było się z nimi rozstawać. Dotarliśmy do Lwowa. Miasta, które wielu krajan darzy ogromnym sentymentem, w którym wychowało się wielu znakomitych polaków. Mnie ono od zawsze będzie kojarzyć się z ciepłą atmosferą, otwartością mieszkańców i chałwą. Mięliśmy bardzo niewiele czasu na jego zwiedzenie. Zdążyliśmy tylko zobaczyć  lwowska Operę, Uniwersytet Lwowski, Katedrę łacińską pw.NMP, a po spacerze starówką wybraliśmy się na targowisko, na którym zaopatrzyliśmy się w chałwę i pamiątki z wyprawy. Następnie wróciliśmy do hotelu, aby pogodzić się z wizją końca naszego pobytu w tym pięknym miejscu, a także by wypocząć przed lotem powrotnym do Polski.

 Pożegnanie ze Lwowem i Ukrainą

Ukraina to kraj pełen tradycji, z którymi ścieramy się na każdym kroku. To także doskonała, prosta kuchnia, która towarzyszyła nam każdego dnia pobytu. Wspaniałe pierepiczki jedzone w Kijowie, czebureki kosztowane i oceniane przez nas w każdym miejscu półwyspu krymskiego, samsy, czyli małe pieczone w ceramicznych chlebach bułeczki, które jeszcze ciepłe trafiały w nasze ręce. We Lwowie jedliśmy w Puzatej Chacie, restauracji, która oferuje szereg potraw z ukraińskiego menu.  Oczywiście kosztowaliśmy takich dań jak pierogi czy barszcz ukraiński, które wszystkim kojarzą się z tym krajem. Wszystko to popijaliśmy kwasem chlebowym. Należy zaznaczyć, ze nie da się porównać go z tym, który kupujemy w Polsce w plastikowej butelce. Tradycyjny, ukraiński jest wyśmienity. Nie odmawialiśmy sobie także pysznych lokalnych win, czy piw- w rozsądnych ilościach. Nie można zapomnieć także o lodach, które na stałe włączyły się w nasze deserowe wyjazdowe menu. Również były wyśmienite.

Przez swoją historię każde miasto ma niepowtarzalny charakter. Również w tym miejscu, zależało nam na tym jak najwięcej zobaczyć ale także poszerzyć  swoją wiedzę na temat kultury, ludzi i ich obyczajów. Prawdę powiedziawszy nie było to trudne. Ukraińcy to ludzie bardzo otwarci na Polaków, są życzliwi, pomocni i chętnie dzielą się opowieściami, a sami też wielokrotnie są złaknieni informacji o życiu przyjezdnych. Dlatego naprawdę warto odwiedzić to miejsce, by na własnej skórze przekonać się o jego niezwykłości. Na pewno będziemy tam zawsze mile widziani.

Czas spędzony na Ukrainie miło wspominamy do dziś.
Na pewno tam wrócimy 🙂

The best of Ukraine, vol. 2

 Poranny lot do Symferopola
Następnego dnia, wraz ze świtem wyruszyliśmy w podniebną podróż do Symferopola, która kosztowała nas tyle, co bilet TLK na trasie Bydgoszcz-Poznań. Stamtąd ruszyliśmy w autobusem w drogę do Teodozji. Jest to niewielkie miasteczko krymskie, słynące ze znajdującego się w nim portu, a także twierdzy genueńskiej, której pozostałości wznoszą się nad brzegiem Morza Czarnego.  Również w okolicy możemy zobaczyć wiele cerkwii ormiańskich. Także w Teodozji  znajduje się drugie na świecie muzeum Lotniarstwa i Paralotniarstwa. Po wygrzewaniu się na rozgrzanym słońcem piasku i odwiedzeniu wszystkich tych wspaniałych miejsc powróciliśmy do hotelu. Świetne warunki, wspaniała lokalizacja i przemili właściciele, a koszt noclegi wyniósł zaledwie 33zł. Kolejny dzień również upłynął na zwiedzaniu lokalnych atrakcji, smakowaniu lokalnej kuchni oraz spacerach po  straganach z rozmaitościami.
Kebaby, burgery i inne propozycje kulinarne na deptaku w Teodozji

Dzień zakończyliśmy lokalnym spacerem przy zachodzącym słońcu i kosztowaniem lokalnego wina siedząc na pomoście, na którym zebrali się rybacy na wieczorny połów. Kolejnego dnia przemieściliśmy się do Sudaku. Z racji tego, że przegapiliśmy poranny autobus, pojechaliśmy wraz z mężczyzną, który zarabia wożąc turystów do określonych miast i z powrotem. Za 55km trasę zapłaciliśmy po 20zł. Warto jest przemierzyć tę trasę w ten sposób, ponieważ nie ominą nas cudowne widoki wzgórz, winnic, roztaczających się po obu stornach drogi.  Sudak, jak chyba wszystkie miasta Krymu jest bajecznie piękny. Przepiękne, kamieniste plaże rozciągające się wzdłuż spokojnego morza, otoczone pięknymi wzgórzami naprawdę zapierają dech w piersiach. Na jednym z nich wznosi się kolejna na wybrzeżu twierdza genueńska, która świetnie się zachowała do dnia dzisiejszego.

Przy twierdzy w Sudaku

Mimo wrześniowej pory Krym wciąż pełen jest turystów i miejscowych plażowiczów, którzy napotkanym obcokrajowcom proponują ekskursje do pobliskich miejscowości. Wieczór upłynął nam na zwiedzaniu miasta. Najbardziej zachwycił nas targ z owocami i warzywami, a także przyprawami. Piękne, kolorystyczne połączenie, które cieszyło oko a po zakupieniu i skosztowaniu różnorodnych owoców także i podniebienie. Zakupiliśmy też  gorące  placki wypiekane na miejscu w wielkim, murowanym piecu, na oczach potencjalnych klientów. Następnym elementem ukraińskiej wyprawy była wycieczka do Nowego Światu. Wypoczęci po dobrze przespanej nocy wyruszyliśmy marszrutką wlekąc się drogą pędzącą niczym wstążka wśród wzgórz i wzniesień. Nowy Świat jest miejscem znanym z produkcji win musujących. To tam powstają słynne w naszym kraju „szampany” Sowietskoje Igristoje. Po wizycie w muzeum tego trunku wybraliśmy się na plażę. Brzegiem morza prowadzi wykuta w skałach „Carska Ścieżka” ( inna nazwa – ścieżka księcia Golicyna). Wiedzie ona do wielu przepięknych miejsc. Niezwykle widokowa ścieżka prowadzi przez Grotę Szaliapina , Przylądek Kapczik , Zbójnicką Zatokę, Błękitną Zatokę z niezwykle malowniczą słynną Carską Plażą .

Widoki w Nowym Świecie
Nowy Świat jest interesującym kurortem również ze względu na ceny. Kawa, czy piwo w restauracji na samej plaży, wznoszącej się nad słonymi wodami była połowę tańsza niż w kawiarence na warszawskim dworcu. Powrót do Sudaku, również marszrutką  i ostatni spacer po tamtejszym wybrzeżu. Wieczory zaczęły się robić chłodne wiec szybko wróciliśmy na nocleg, by następnego dnia wyruszyć do najbardziej rozsławionego na całym Krymie kurortu-Jałty.
Już za tydzień trzecia część naszego cyklu!

The best of Ukrainie vol.1

Zaczynamy nowy cykl na blogu. Co tydzień będziemy wrzucać nową część opowiadania-reportażu z naszego wyjazdu na Ukrainę, który odbyliśmy we wrześniu 2012 roku. Będzie w nim wiele ciekawych, a przede wszystkim praktycznych opowieści z naszej wyprawy.
Dzisiaj część pierwsza, o tym jak w ogóle dotarliśmy do tego pięknego kraju 🙂
 Kijów
Podczas gdy nasi koledzy i koleżanki biegają po biurach podróży i wykupują wycieczki do Egiptu czy Chorwacji, my z Nikodemem obmyślamy plan naszej wrześniowej wyprawy. Wszystko po to, żeby te wakacje były wyjątkowe i niezapomniane, ale także po to, by podczas letniego szaleństwa nie pozbawić się resztek pieniędzy ze studenckiej kieszeni. Chcemy udowodnić wszystkim, że można wyjechać na długo, do miejsc „egzotycznych”- odmiennych od tych, które znajdziemy nad polskim morzem, ale za podobną kwotę. Początkowo przeglądaliśmy oferty w naszych polskich kurortach, jednak koszt 4 dniowego wyjazdu wydawał się nazbyt wysoki. To skłoniło nas do poszerzenia poszukiwań i wykroczenia poza ojczyźniane granice. Zaczęliśmy więc od poszerzenia wiedzy w Internecie. Mięliśmy już kilka pomysłów i perspektyw, jednak chcieliśmy jak najdokładniej rozeznać się w kosztach i tak zwanych atrakcjach turystycznych. W końcu padło na Krym. Rozpoczęliśmy od tego, jak się tam dostać. Najważniejsze kryterium-tanio. Nikodem, specjalista od znajdywania tanich biletów lotniczych (oczywiście tanich linii), wyszukał nam bilet z Katowic do Symferopolu, żeby było taniej- przez Kijów. Takim oto sposobem do naszego podróżniczego planu wpadło dodatkowe, ale jakże cudowne miasto. Podczas, gdy nasi znajomi pakowali klapki do swoich walizek, my szykowaliśmy buty trekingowe i wygodne ubrania do podróżniczych plecaków. Przecież nie będziemy podwożeni autobusami z miejsca na miejsce, nie będziemy leżeć na leżakach przy basenie każdego dnia. Nas czeka prawdziwa wyprawa! Pierwszą noc, tuż przed wylotem spędziliśmy w schronisku młodzieżowym Ślązaczek w Katowicach. Był to najdroższy nocleg z całej naszej wyprawy i wyniósł on 30 zł od osoby.
 Schronisko PTSM Ślązaczek w Katowicach
O godzinie 10.00, dnia 18go września z  zapakowanymi po brzegi plecakami wyruszyliśmy na Katowickie lotnisko. 230 minut później byliśmy już na Ukrainie.
 Terminal A Portu Lotniczego Zhuliany w Kijowie
Jej stolica, pełna monumentalizmu i charakterystycznych zabytków przywitała nas ciepłą i przyjemną jak na wrzesień pogodą, można powiedzieć optymalną. Rozpoczęło się nasze zwiedzanie. Na początku widzieliśmy stadion, na którym odbywał się finał EURO2012. Następnie zasmakowaliśmy w lokalnych przysmakach, które znaleźliśmy przy Placu Niepodległości. Pierepiczki i kwas chlebowy są najlepszą rzeczą jaką dane nam było jeść na ukraińskiej ziemi. Był to naprawdę porządny obiad za zaledwie 4zł. Z pełnym brzuszkiem a więc szczęśliwi wyruszyliśmy na dalsze zwiedzanie.
Pierepiczki i kwas chlebowy na Placu Niepodległości
Niewielkimi, pięknymi uliczkami, pełnymi lokalnych sprzedawców oferujących swoje wyroby rękodzielnicze. Dotarliśmy na wzgórze na którym znajdowała się  cerkiew Świętego Andrzeja. Z niej rozciągała się przepiękna panorama na to majestatyczne miasto.  Ten widok zainspirował nas do dalszych poszukiwań cudownych miejsc, których do końca naszego pobytu na Ukrainie nie brakowało. Z racji dość późnej pory, zmuszeni byliśmy do wyselekcjonowania miejsc, które chcieliśmy odwiedzić. Kierując się do miejsca spoczynku widzieliśmy Sobór Mądrości Bożej,  a  także Złotą Bramę, która jest fragmentem monumentalnych średniowiecznych murów miasta. To właśnie ona strzegła wjazdu do Kijowa od XI wieku.  Następnie udaliśmy się ulicą Chreszczatyk  (Хрещатик) z powrotem do Placu Niepodległości.   Po dniu pełnym wrażeń dotarliśmy na miejsce noclegu – hostel. Było to kilka pokoi wynajmowanych w domu prywatnym. Tą noc spędziliśmy w czteroosobowym pokoju, który cały był do naszej dyspozycji.
Noc w Kijowie. Jutro lecimy na Krym
Już za tydzień kolejna część naszej opowieści 🙂

Bieszczady – kilka informacji o tym pięknym zakątku Polski

Właśnie dobiegają końca nasze studenckie wakacje. W zamian za to widać już pierwsze objawy jesiennej aury. Chłodne poranki, deszczowe dni, wczesne zachody słońca, które coraz rzadziej pojawia się na niebie.  Wydaje się, że jest to czas, kiedy najlepiej jest zaszyć się w domu, pod kocem i popijać ciepłą herbatkę.  Owszem, teraz zaczyna nam brakować energii na aktywne spędzanie wolnych chwil. Jednak zapewniamy Was, że naprawdę warto się zmobilizować i któryś z takich jesiennych weekendów przeznaczyć na małą podróż. Zastanawiacie się dokąd warto pojechać? Oczywiście w góry! Bieszczady, przepiękne polskie pasma gór szeroko pokryte lasami.. Można się rozmarzyć. Wraz ze zbliżającym się chłodem pięknieje każdy metr kwadratowy tych terenów. Przebarwiają się liście drzew, ciemnieją trawy, wszystko daje nam przepiękny krajobraz, który na długo pozostaje w pamięci.

Każdy wyjazd łączy się z kosztami, mniejszymi lub większymi, wszystko zależy oczywiście od tego jak i kiedy zaplanujemy naszą podróż. Najlepiej jest w Bieszczady pojechać samochodem. Jeżeli mamy więc taką możliwość to zachęcamy do wyprawy w góry samochodem. Weźmy ze sobą swoich znajomych, bo naprawdę to zredukuje nasze koszty, a i droga będzie przyjemniejsza. Dzięki takiemu środkowi transportu mamy możliwość elastycznego regulowania czasu podróży. Wtedy możemy także zabrać ze sobą namiot, dzięki czemu obniżymy do minimum koszty noclegu.  Znamy także sposób na tani nocleg i dla tych, którzy wolą mniej spartańskie warunki. Przede wszystkim jednak, kiedy już znajdziemy się na miejscu jesteśmy dużo bardziej mobilni. Na własnym przykładzie możemy Was zapewnić, że w górach poruszanie się komunikacją miejską jest czasochłonne i po prostu drogie… Autobusy jeżdżą bowiem niezbyt często i za krótki przejazd płacimy nawet ok. 12zł.

Jeżeli jednak nie mamy takiej wygody to jesteśmy zdani na pociąg czy też autobus. Pierwszy sposób jest naprawdę męczący. Co prawda zależy to także od miejsca, z którego naszą podróż rozpoczynamy. Jednak zarówno z Inowrocławia jak i Bystrzycy Kłodzkiej połączenia dogodnego nie było. Z tego powodu zdecydowaliśmy się na podróż NeoBusem.( http://www.neobus.pl/ ) To polski przewoźnik, funkcjonujący na takich samych zasadach jak Polski Bus.  Dzięki niemu swobodnie możemy podróżować do wielu miast w południowej Polsce min. z Warszawy, czy Wrocławia. Nasza trasa odbyła się między Wrocławiem i Sanokiem. Z Sanoka do innych bieszczadzkich miejscowości dojechaliśmy miejskimi busami, które czasami mają jedynie dwa kursy w ciągu dnia. Dlatego już przed wyjazdem warto dokładnie zaplanować sobie cały pobyt.  Kolejną ważną sprawą jest nocleg. Najwspanialszym miejscem, w których oprócz wygodnego łóżka mamy także piękne widoki są górskie schroniska. Jest to niesamowita frajda, kiedy po długim marszu na szczyt docieramy na noclegowe miejsce, w którym możemy odpocząć, podziwiać wschody i zachody słońca, a kolejnego dnia wypoczęci wrócić na szlak. Oczywiście, są także opcje noclegów w agroturystykach, pensjonatach czy hotelach. Jednak schronisko górskie jest z pewnością najtańszą opcją, a my znamy sposób jak jeszcze bardziej można zredukować ceny za noc. Każdy może bowiem stać się członkiem Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego.  Zakładając kartę i opłacając corocznie składki mamy spore zniżki na schroniska PTTK, a także do wielu sklepów górskich, a przede wszystkim-ubezpieczenie na szlaku.  Taką kartę możemy założyć w oddziałach PTTK w wielu miastach w Polsce. Tutaj możecie znaleźć gdzie uda Wam się to zrobić: http://www.pttk.pl/oddzialy_pttk/index.php  Należy mieć ze sobą zdjęcie legitymacyjne i  16zł (opłata za wyrobienie legitymacji 6zł+10zł za składkę).

Bacówka pod Honem. Cisna.

Chatka Puchatka. Połonina Wetlińska.

Bieszczady od zawsze były postrzegane za najbardziej malownicze pasmo górskie w Polsce. I warto je odwiedzać o każdej porze roku. Po dniu wędrówki możemy wrócić do schroniska i kontemplować piękno otaczającej przyrody. Dla ułatwienia podamy Wam przydatną stronę, na której znajdziecie pięć schronisk, między którymi możecie wyznaczyć sobie trasę i planować wędrówki górskie zatrzymując się kolejno w każdym z nich. Oto ona:  http://5schronisk.bieszczady.pl/ . Kochającym górskie wędrówki polecamy także stronę Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajobrazowego http://www.pttk.pl/pttk/czlonk.php .

A tymczasem, powodzenia na szlaku!

Wspomnienie słonecznej Barcelony

Witajcie!

Jakiś czas temu pojawił się na naszym blogu wpis z propozycją atrakcyjnego wyjazdu do Barcelony. Wspomnieliśmy wówczas o tym, że przedstawimy Wam dokładniejszy zarys naszego pobytu, z informacjami, które z pewnością będą dla Was przydatne. Nareszcie się zmobilizowaliśmy i chcemy Wam dziś zdać relację z naszego pobytu w Barcelonie (dłuższą, niż ta, którą mogliście zobaczyć w Gazecie Studenckiej 😉 ).  Podpowiemy Wam jak zorganizować wyjazd, żeby wyniósł nas jak najtaniej, co warto zobaczyć w tym wspaniałym, hiszpańskim mieście i oczywiście pojawi się kilka słów dotyczących środków komunikacji.

Zacznijmy może od konkretów. Pomysł naszego wyjazdu do Barcelony pojawił się już dawno, natomiast jego realizacja wówczas, była bardzo kosztowna- wypad dwóch osób w takie miejsce, to nie ukrywajmy-spory wydatek. Również jeśli chodzi o bilety lotnicze było nie za ciekawie, bo lot w obie strony kształtował się na około 600zł. Na szczęście w okolicach kwietnia Wizz Air zaskoczył nas świetną ofertą przelotów do Barcelony i za lot w obie strony zapłaciliśmy ok. 250zł. To już znacznie zredukowało nasze koszty. Jak wiadomo, w takim miejscu jak Barcelona ceny noclegów nie są zachęcające, za dwie noce dla dwóch osób zapłacimy co najmniej 450zł.  Co zrobić, żeby tego uniknąć? Wystarczy zabrać paczkę znajomych! Gwarantujemy Wam z własnego doświadczenia, że nie tylko koszty noclegów unikną obniżeniu, ale z pewnością wzrośnie satysfakcja z wyjazdu i ilość wspaniałych wspomnień. Idąc tym tropem Barcelonę odwiedziliśmy w osiem osób i tyle też nas było w pokoju. Tanie noclegi oferują zazwyczaj hostele, które w swojej ofercie mają najtańszą opcję – łóżko w pokoju wieloosobowym. Z takiej właśnie opcji skorzystaliśmy, dzięki czemu mięliśmy cały pokój dla siebie.  Za nocleg ze śniadaniem zapłaciliśmy 11Euro.

Fragment naszego hostelowego pokoju

 Śniadania w Hiszpanii jedzone są raczej na słodko- każdy produkt był słodki. Chleb, muffiny, ciasteczka, kawa, wszystko było słodkie. Raczej dla formalności mięliśmy dwa rodzaje szynki i żółty ser.  Ale komu miałoby przeszkadzać takie słodkie rozpoczęcie dnia? Dla nas to był plus 😉 To bardzo typowe dla kuchni hiszpańskiej, słodki początek- kawa i ciastko. Następnie lunch w południowych godzinach i późne kolacje.  Ceny w restauracjach są raczej wysokie, ale kiedy tylko poszukamy znajdziemy coś atrakcyjnego. Jak wszędzie, nie należy szukać w centrum, na najbardziej ruchliwych ulicach, czy przy samej plaży. Tam ceny, w barach, sklepach czy na stoiskach są bardzo wysokie. Ale kiedy tylko odejdziemy kawałek wąskimi, pięknymi uliczkami Barcelony trafimy nie tylko na niedrogie tortille (od 3euro za spory placek), ale także na dobrze znanego nam Lidla i Carrefour’a, które oferują również znane nam produkty w zbliżonych cenach. Tam warto jest robić zakupy.

Szynka iberyjska- widywana w każdym hiszpańskim sklepie

  Hiszpania obfituje w różne gatunki wina, które są bardzo smaczne i niedrogie  (smaczne trunki otrzymamy już za 8zł), wybór piw jest niewielki, mocniejsze alkohole są już nieco droższe. Często na sklepowych półkach możemy spotkać absynt w śmiesznych kolorowych buteleczkach z trupią czaszką, czy innymi dziwnymi obrazkami.  W niewielkich sklepikach można dostać lokalne produkty, nas niezwykle cieszyły lody, które były bardzo tanie i zajadaliśmy się nimi cały weekend. Za 6-cio pak lodów płacimy niecałe euro.  Jak na studentów przystało raczej nie jadaliśmy w restauracjach, które serwują dania w cenach od 15 euro wzwyż (nawet do 60…). W marketach kupowaliśmy sobie bułki, serki i inne tego typu rzeczy, przez co wyżywienie wyniosło nas nie więcej niż w naszym kraju. W Hiszpanii jada się głównie owoce morza, warzywa czy owoce. Kuchnia jest lekka, smaczna i zdrowa.  Może nie wiemy tego bezpośrednio z tego słonecznego kraju, a z przepisów, które odwzorowujemy w naszych polskich kuchniach. Obiecujemy, że niedługo na blogu zaczną się pojawiać potrawy z krajów, w których bywamy, odwzorowane z oryginalnych, zdobywanych od mieszkańców przepisów.

Plaza de España

Jednak wracając do naszej podróży… Z lotniska dojeżdżamy autobusem miejskim i do centrum z Plaza de España dojeżdżamy metrem. Już w tym przesiadkowym miejscu mamy do czynienia z pięknymi zabytkami, z typową dla tego miasta zabudową.  Wszystko robi na nas ogromne wrażenie i już do samego końca wyjazdu nie możemy przestać się dziwić. Na każdym kroku znajdujemy coś, co nas zachwyca, zadziwia, śmieszy czy bulwersuje. Taki jest ten kraj- pełen kontrastów. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Nam podobało się wszystko, może poza cenami komunikacji miejskiej 😉 Chociaż postarajmy się spojrzeć na to z innej strony, a mianowicie… Najciekawszą opcją biletową jest T-10. Jest to bilet na 10 przejazdów-metrem, autobusami, tramwajami, kolejkami. Jeden przejazd jest ważny 75minut, w ciągu których możemy się przesiadać na różne rodzaje środków transportu, ponadto jest do wykorzystania nawet przez 10 osób. Bilet pojedynczy kosztuje 2 euro, natomiast T10 to koszt 9,80euro (tak więc koszt pojedynczego biletu to 0,98€). Przeliczając na naszą walutę, koszt tego karnetu to ponad 40zł… Jednak trzeba pamiętać, ze jest to bilet bez zniżki studenckiej, czyli tzw. bilet normalny. Godzinny bilet normalny na komunikację miejską w Poznaniu kosztuje 4,40zł. Jak widzimy jest to nawet drożej niż w Barcelonie.

Stacja metra

Możemy już skończyć wywody dotyczące biletów i przejść do celów ich zwiedzania a więc poruszania się po centrum. Nam były one właśnie potrzebne głównie w celach transportu hostel-centrum.  W centrum natomiast poruszamy się już dreptając na własnych nogach, ponieważ wszystko, co nas interesuje znajduje się w miarę blisko siebie. Jak wcześniej wspomniałam pierwsze warte uwagi miejsce, to Plaza de España, jeden z głównych placów w Barcelonie, przy którym znajduje się przepiękne Muzeum Sztuki Katalońskiej, fontanna wzniesiona wg projektu Josepa Marii Jujola, z rzeźbami  Miquela Blaya, Wieże Weneckie, oraz Arenas de Barcelona – dawna arena walk byków, wzniesiona w 1900 w stylu mauretańskim, obecnie zaadaptowana na centrum handlowe.

 Plaza de España, w tle widzimy dawną arenę walk byków

Przemieszczając się w głąb miasta napotykamy na co raz więcej przepięknych budowli, stykamy się z charakterystycznymi dla Hiszpanii budynkami-kamieniczkami z mnóstwem balkoników pozasłanianych barwnymi markizami i niewielkimi sklepami na parterze, zachęcającymi wystawionymi na zewnątrz towarami. Idąc wzdłuż nich docieramy do Plaça de Catalunya (Plac Kataloński), skąd najbardziej ruchliwą ulicą w mieście- Las Ramblas spieszymy gotowi na czekające na nas wrażenia.

Pierwszy postój-Katedra Świętej Eulalii, gotycki kościół budowany w okresie XIII – XV w., w którym znajduje się siedziba archidiecezji barcelońskiej. Równie zachwycającym był gotycki kościół Santa Maria del Mar, z XIV wieku, który był wielokrotnie modyfikowany, obecnie zachwyca pięknym wnętrzem. Tak niepozorna z zewnątrz budowla zaskakuje ogromnym, przestronnym i strzelistym wnętrzem. Nam udało się trafić na koncert dziecięcej orkiestry, który zrobił na nas niesamowite wrażenie. Dźwięki instrumentów rozchodziły się po wnętrzu ze wzmocnioną siłą, wręcz przenikały będących w świątyni ludzi. Było to niezapomniane przeżycie, wzruszające, trafiające w samo sedno wrażliwości. Chciałoby się po prostu tam utkwić na kolejne godziny, słuchać i po prostu zapomnieć o wszystkim, co dzieje się poza grubymi, kamiennymi murami.

Fasada Katedry Świętej Eulalii

Wnętrze Kościoła Santa Maria del Mar

Jednak nam trzeba było ruszać w dalszą drogę, bo przecież był to początek naszej wyprawy. Poruszając się ruchliwymi ulicami miasta natrafiliśmy na dworzec kolejowy Estacio de França, drugi co do wielkości w mieście. Następnie ruszyliśmy na plażę, gdzie po długim dniu wsłuchaliśmy się w relaksujący i kojący szum fal. Chłodny wiatr wiejący od morza wygonił nas jednak do hostelu. Wypoczęci i szczęśliwi, wyruszyliśmy sprawdzić co nowego przyniesie nam kolejny dzień. Pogoda była bardziej łaskawa i piątkowe chmury rozmyły się wraz z nadejściem południa. Pierwszym punktem naszego zwiedzania był Park Guel, z którego słynie Barcelona. Jest to duży ogród zaprojektowany przez katalońskiego architekta Antonio Gaudíego, w którym znajduje się wiele elementów architektonicznych jak  „teatr grecki” czyli taras nad pawilonem kolumnowym, opasany ławką, która widnieje na większości widokówek, oraz na której każdy obowiązkowo musiał zrobić sobie zdjęcie, my także 😉

 W parku spędziliśmy dobre dwie godziny. Jest to przepiękne i wyjątkowe miejsce. Pełne dziwnych budowli, roślinności i kolorowych papug i gołębi. A także ludzi. Na każdym kroku spotykamy przebierańców i sprzedawców, którzy oferują różne błyskotki, często uciekając przed policją, która kończy ich nielegalne działania.  Z parku dość długą, jednak przyjemną trasą możemy się dostać do rozsławionego kościoła Santa Maria- Świątynia Pokutna Świętej Rodziny – secesyjny kościół  o statusie bazyliki mniejszej, uważany za główne osiągnięcie projektanta Antoniego Gaudíego. Jest to bardzo charakterystyczna budowla ze względu na ilość stylów, według których jest budowana. Od 1882 roku jest wciąż rozbudowywana o kolejne świątynie (koszy biletu wstępu to 12€).

 Kościół Sagrada Familia

Z tego miejsca udaliśmy się ponownie na plażę i idąc promenadą dotarliśmy do portu, o którym mówi się, że jest jednym z najpiękniejszych portów Morza Śródziemnego. Kompleks portowy (Port Vell, port przeładunkowy Barcelona Free Port i port komercyjny) jest tłumnie odwiedzanym miejscem, Zlokalizowano tutaj najwspanialsze w Europie oceanarium oraz kompleks sklepów, restauracji i kin. Ostatniego dnia zobaczyliśmy stadion Camp Nou, mimo, że nie wszyscy jesteśmy fanatykami piłki nożnej, jest to miejsce, które przyjeżdżając do Barcelony po prostu trzeba zobaczyć.

  

Najwięcej czasu spędziliśmy w dzielnicy Barri Gotic, czyli średniowiecznej dzielnicy, która należy do centrum Starego Miasta.  To miejsce magiczne, piękne i niewątpliwie romantyczne. Wąskie, długie uliczki złożone pod pnącymi się w górę zdobionymi kamienicami są idealne do tego by błądzić między nimi zapominając o upływającym czasie. Chodząc po tej dzielnicy, szczególnie wieczorem, poczujemy się jak w filmie, na chwilę cofniemy się w przeszłość. Najbardziej charakterystycznym elementem jest Carrer del Bisbe.  To nad nim rozpościera się charakterystyczne, pięknie zdobione przejście z rezydencji prezydenta Generalitat de Catalunya, do Pałacu Generalitat (Generalitat de Catalunya to rząd Katalonii w języku katalońskim).

W niedzielę odbywały się drzwi otwarte Gran Teatre del Liceu, potocznie Liceu, czyli teatru operowego. Całkowicie za darmo mieliśmy możliwość zobaczenia wielu sal tego budynku, które są zdobione pięknymi złoceniami, kryształowymi żyrandolami, a wszystko utrzymane jest w klasycznym, bogatym stylu. Udało nam się także trafić na występ jednego z tenorów.

Właściwie to wszystko, zdążyliśmy zobaczyć w niecały weekend. Uważamy, że idealnie zagospodarowaliśmy nasz czas, a przez to, że opracowaliśmy sobie wcześniej trasę zwiedzania zaoszczędziliśmy czasu na błądzeniu po mieście. Jedynym problemem, który napotykamy w Barcelonie to brak miejskich toalet… Może to wydawać Wam się śmieszne, że o tym wspominamy, ale kiedy cały dzień chodzimy po mieście, to prędzej czy później dopadnie nas chęć skorzystania z toalety. O ile jesteśmy blisko plaży to mamy tam porozstawiane toalety ( podobne do naszych Toi-Toi 😉 ). Jeżeli jednak jest późno, czy jesteśmy dalej w centrum, warto skorzystać z możliwości i uprzejmości panów pilnujących parkingu, który bez żadnego sprzeciwu udostępnią nam wc na terenie. A trzeba przyznać, że nam niejednokrotnie uratowało to… życie ;).

Ufff… chyba dość wyczerpująco opisaliśmy Wam naszą podróż. Mamy nadzieję, że dostarczyliśmy Wam wiele ciekawych i przydatnych informacji. Warto podkreślić, że Barcelona to nie tylko chodzenie po mieście, zwiedzanie i plażowanie. Dla zakupoholików mamy dobrą wiadomość. W Barcelonie natkniemy się na Primarka, w którym zrobiliśmy spore zakupy, za niewielką cenę 😉 Dla wielbicieli nocnego życia w późnych wieczornych godzinach (po 23) rozpoczyna się maraton imprez. Wszystkie kluby otwierają się chętne na spragnionych tańca i przygód. Kilka osób z naszego wyjazdu skorzystało z tego, co oferują hiszpańskie kluby i wróciło nad ranem pod wielkim wrażeniem, tak więc polecamy. 😉 Hiszpanie, to ludzie bardzo otwarci, radośni i przyjaźnie nastawieni do obcokrajowców. Barcelona to miejsce, w którym łatwo się zakochać. Ma swój niepowtarzalny klimat, do którego chce się wracać…

Yapa po raz pierwszy. Na pewno nie ostatni

W ubiegły weekend pogoda była paskudna. Z wiosennych promieni słońca nie pozostał nawet ślad. Przeciwnie, padający śnieg, dokuczające na zmianę przymrozki i odwilże dały się we znaki humorom większości z nas. My znaleźliśmy jednak sposób, jak nie dać się tym wahaniom pogodowym, a co za tym idzie nastrojowym i postanowiliśmy wprowadzić do naszego życia trochę radości. Dawno temu usłyszeliśmy o festiwalu YAPA w Łodzi. Jest to studencki festiwal piosenki turystycznej. Oboje słuchamy muzyki raczej mniej popularnej, którą niektórzy traktują z lekceważeniem i niechęcią… Dlatego, że towarzyszą jej teksty z duszą? Często bardzo poważne, trafiające w samo sedno? A może to, że nie są to odgłosy dudniących w ściany basów, czy innych komputerowych tworów, a brzmienia instrumentów z duszą-gitary, skrzypiec, harmonijek…? Dla nas jest to coś więcej niż utwór płynący z głośników. To chwile na refleksje, relaks. Wiąże się z nimi wiele wspomnień. Są one ponadto doskonałymi kreacjami muzycznymi. Pełne radosnych dźwięków, szybszego tempa dodają mnóstwo energii i radości. Taka jest właśnie piosenka turystyczna. Ma nam dawać „kopa” w marszu pod górkę, wśród krętych szlaków czy długich rejsów. Ma być inspiracją i dać motywację, ale przede wszystkim umilić nam czas w wędrowaniu. Obecnie nieco zmieniły się również i te nurty muzyczne. Ale na pewno nic nie idzie tu w złym kierunku. Można by rzec, że dostosowuje się do ówczesności.

Marek Andrzejewski

Festiwal YAPA wykreował wiele wspaniałych talentów poezji śpiewanej. Większość słuchanych przez nas oboje zespołów zaprezentowało się tam w latach studenckich i zjednało ze sobą publiczność. Zaczynali od niewielkiej sceny, salki wypełnionej dwoma setkami osób, a obecnie grają na wielu scenach teatrów polskich. Nie potrzebne im były blaski fleszów, setki wywiadów do brukowców czy kompromitujące skandale, by jak najwięcej osób wiedziało o ich istnieniu. To jest prawdziwa muzyka. Ona mówi sama za siebie. Tekst, muzyka to to, co jest w niej tak naprawdę ważne. Przekaz. I jak widać nie trzeba więcej. Bo tłumy na koncertach mówią same za siebie. A wśród tych setek innych osób my. Zawsze zafascynowani i pełni podziwu dla osób, które tak pięknie władają gitarą i piórem, chwytając za nasze serca.


Dom o Zielonych Progach

Wracając do tego, jak my znaleźliśmy się na YAPIE. Niewątpliwie ten weekend był dla nas ważny z wielu względów. Wszystko to, co wydarzyło się w Łodzi dodatkowo podniosło jego znaczenie. Już tydzień wcześniej mięliśmy zakupione karnety, zamówione miejsce noclegowe. Na festiwalu piosenki turystycznej znajdzie się miejsce dla każdego. Trwa on trzy dni. W piątek odbywa się przesłuchanie uczestników konkursu, które jest kontynuowane do popołudniowych godzin w sobotę. Następnie wieczorem rozpoczyna się koncert gwiazd, który trwa do późnych godzin nocnych, czy jak kto woli-wczesno porannych. Niedziela jest dniem ogłoszenia werdyktu i przyznania nagród najlepszym. Zakończenie stanowi występ za równo laureatów jak i znanych wszystkim Yapowiczom zespołów. Cała impreza odbywa się niezmiennie w tym samym miejscu, zawsze przy pomocy wolontariuszy – studentów. Na jednej z sal w Studium Wychowania Fizycznego i Sportu Politechniki Łódzkiej wokół sceny rozstawiane są drewniane ławeczki, jak te z podstawówki, kiedy to na lekcji wu-efu czołgaliśmy się na nich podczas zawodów drużynowych. I na takich oto ławkach siedzi się całe trzy dni dzielnie kibicując wybranych artystom, słuchając wspaniałych zespołów, od lad wiernych festiwalowi. Nie jest to takie łatwe, bo już po pierwszym dniu czujemy wszystkie kości, dlatego polecamy zabierać ze sobą podusię. To całkowicie ułatwi sprawę. I z rozdziawioną japą będziemy mogli szaleć wśród gwizdków, dzwonków, syren i budzików, a także wirujących nieustannie papierowych samolotów. To są właśnie tradycje Yapy. Zwyczaje nieustannie jej towarzyszące. To wszystko składa się na niesamowity klimat festiwalu. Na jego niepowtarzalność. Podczas niego jest mnóstwo chwil przepełnionych radością, szczęściem ale i tych wzruszających, w których trudno ukryć spływającą po policzku łzę. To jest to, co zawsze pozwala wierzyć, że są jeszcze miejsca i imprezy, które oprócz wspaniałej muzyki przekazują też wartości. Tam setki nieznanych sobie osób nagle jednoczą się i przez cały weekend wspólnie bawią się zarówno podczas koncertów jak i w akademikach, gdzie na każdego wędrowca czeka miejsce noclegowe w warunkach turystycznych.


Paweł Orkisz

My również z nich skorzystaliśmy i musimy przyznać, że był to niezapomniany czas. Wszystkie usłyszane historie pozostaną w pamięci na lata. A na Yapę będziemy wracać co roku. Być może już nie jako widzowie, ale jako wykonawcy konkursowi… To jest to, na czym nam teraz zależy. Zmierzyć się z innymi Artystami na scenie, która przyjęła tylu Wielkich. Zagrać dla bardzo wymagającej, ale przesympatycznej publiczności. To cel na najbliższe spotkanie w Łodzi…

Informacja praktyczna: do Łodzi dotarliśmy Polskim Busem z Poznania (15 zł od osoby), noclegi były darmowe 🙂

Kilka zdjęć pokazujących klimat:

Kasia niesie zaopatrzenie na całonocny koncert: woda mineralna i pizza od „Grubego Benka”

Tradycyjny Can Can

Kolejka do toalety

Można także kupić płyty i koszulki festiwalowych zespołów


Nasz nocleg


Nie tylko ludzie przybywają na YAPę 🙂